Dłuuugo mnie nie było na blogach. Nie bez powodu. Życie przygotowało dla mnie parę kolejnych niespodzianek, które skutecznie odciągnęły mnie od internetu. Przede wszystkim pod olbrzymim znakiem zapytania stanął mój wymarzony wyjazd na wakacje. Tydzień przed rozpoczęciem urlopu fatalnie się potknęłam i złamałam sobie duży palec u nogi. Wydawało się, że to radykalnie rozwiązało sprawę. Po tygodniu jednak ból minął. Pani doktor łapała się co prawda za głowę, ale dała pozwolenie i przygotowała na wyjazd. Jak to mówią? kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Jednego czego mi w życiu nie brakowało to odwaga. Pojechałam i nie żałuję. Niżej kilka różnych zdjęć, które pokażą, czemu warto było podjąć to ryzyko.
I jeszcze jedno na marginesie. Przez dwa tygodnie obcowałam z wielka historia i wspaniałą przyrodą. Gdzieś daleko były polskie sprawy i spory. Dziwnie było wrócić do tego. Choć nie jestem pewna, czy już naprawdę wróciłam, bo wciąż unikam naszych polskich spraw. One przesłaniają nam wszystko, a a w rzeczywistości są tak nieważne. Coś jak listek, który przybliżony do oczu potrafi przysłonić słońce.
niedziela, 17 września 2017
sobota, 5 sierpnia 2017
Przerwa
Postanowiłam zostawić rzeczywistość samej sobie i zająć się innymi sprawami. Wracam więc do mojego drugiego bloga "Tęcza w kałuży" (https://ilenka50.blogspot.com/). Założyłam tez nowy blog, w którym zaczęłam spisywać wspomnienia z mojej pracy "Od kulis" (https://showowisko.blogspot.com/).
Jeśli zajrzycie, to będzie miło, jeśli zostawicie komentarz pod Tęczą, to też sprawicie mi przyjemność.
Jeśli zajrzycie, to będzie miło, jeśli zostawicie komentarz pod Tęczą, to też sprawicie mi przyjemność.
wtorek, 1 sierpnia 2017
Zaświecili przykładem
Polska Grupa Energetyczna pokazała, że moc jest z nią i przy okazji kolejnej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego wypuściła taką reklamę:
Idźmy dalej. Przecież da się przy okazji podpromować i inne produkty.
Mam propozycje i innych haseł pod ten sam obrazek. Okazja zacna, więc grzech nie skorzystać:
Świecą przykładem - żarówki
Głód zwycięstwa - zupki w torebce
Pragnienie wolności - coca-cola
Palą się do walki - świece
Gdyby używali mercedesów historia mogłaby się potoczyć inaczej.
Można byłoby tez dorzucić reklamę: radiową
Piosenka "Serce w plecaku" - akcesoria turystyczne
"Pałacyk Mihla" - agencja nieruchomości.
"Chłopcy silni jak stal" - sieć siłowni.
Powstanie ma moc marketingową. Paru gości już nieźle obłowiło się na durnych koszulkach czy naklejkach (moje absolutnie ulubione przez swoja dwuznaczność to "Pamiętamy" na Oplach czy Volkswagenach). I trudno. Hieny zawsze będą. Żal mi tylko tych, którzy byli w Warszawie w sierpniu 1944 r. i muszą patrzeć na to wszystko.
Na koniec dowcip stary, ale wciąż trafiający w punkt:
poniedziałek, 31 lipca 2017
Nie ma miejsca na wątpliwości?
W państwie demokratycznym wolność słowa to podstawa. Mam prawo głosić swoje poglądy (z pewnymi zastrzeżeniami) i nikt nie ma prawa mi tego zabronić. Tyle teoria. W praktyce wolność słowa i wolność poglądów szalenie nam się kurczą. I bynajmniej nie dlatego, że całkowita wolność słowa nie istnieje (na filozofii pewnie większość temat przerabiała, więc nie podejmuję się tłumaczenia). Mnie osobiście wolność słowa karleje z każdym dniem, bo wciąż muszę gryźć się w język. Boli i język, i tłamszona w ten sposób wolność osobista.
Czasy mamy strasznie trudne dla rozkminiaczy wszelkich problemów. Przedstawię to może na przykładzie.
Jest pokój, który ma jedną ścianę obwieszoną świętymi obrazkami, fotkami patriotycznymi, a po środku zegar z kukułką. Na przeciwko jest druga ściana, a na niej flaga Unii Europejskiej, zdjęcia-pamiątki ze światowych wakacji i dzwonek feng shui. Zostały jeszcze dwie ściany. W jednej są drzwi, a w drugiej okno. Pokój jest całkiem duży, miejsca w nim mogłoby starczyć dla wszystkich. Z jakiegoś jednak powodu trzeba stanąć albo pod ściana z zegarem z kukułką, albo pod tą z dzwonkiem. Jeśli komuś to nie odpowiada, to zostaje wykopany przez okno, ewentualnie przez drzwi.
Jakoś tak się porobiło, że nie ma miejsca dla wątpiących, dla tych, którzy niby się zgadzają, ale widzą w tym zgadzaniu się pewne luki, czyli generalnie dla tych, dla których świat ma wiele barw, nie tylko czerń i biel.
Żeby była pełna jasność, ja sama jestem gotowa dać komuś kopa, bo niby on z mojego kącika pod ścianą, a mówi takie rzeczy, że ci z naprzeciwka ręce zacierają. Ot dla przekładu Marcin Meller i Andrzej Mleczko jakiś czas temu dyskutowali w telewizji o uchodźcach i obaj powiedzieli, że lepiej żeby w Polsce muzułmanów nie było. Woda dla młyn dla prawicy. I tyle tej wody, że ja już sama nie wiem, czy oni mówili, że są przeciw przyjmowaniu uchodźców, czy są za przyjmowaniem.
Polska debata publiczna powoli psieje. Bo co to za debata, gdy jedna strona próbuje przekrzyczeć drugą. Tak naprawdę w porządnej debacie najpierw powinno się zrozumieć racje drugiej strony, a dopiero potem podjąć polemikę z tymi racjami. I to bynajmniej nie w celu przekonania do swoich racji, ale po to, by znaleźć złoty środek. Teraz trzeba na wstępie się opowiedzieć i trwać niezłomnie przy swoim zdaniu niczym Ordon na Reducie. Obawiam się, że w ten sposób po pierwsze wszyscy zgłupiejemy w ekspresowym tempie, a po drugie nie będzie nam potrzebna żadna cenzura, bo samo ocenzurujemy się wystarczająco.
Dziś podpromujmy młodego człowieka, który mocno walczy o swoje i na razie wiele nie wywalczył.
Czasy mamy strasznie trudne dla rozkminiaczy wszelkich problemów. Przedstawię to może na przykładzie.
Jest pokój, który ma jedną ścianę obwieszoną świętymi obrazkami, fotkami patriotycznymi, a po środku zegar z kukułką. Na przeciwko jest druga ściana, a na niej flaga Unii Europejskiej, zdjęcia-pamiątki ze światowych wakacji i dzwonek feng shui. Zostały jeszcze dwie ściany. W jednej są drzwi, a w drugiej okno. Pokój jest całkiem duży, miejsca w nim mogłoby starczyć dla wszystkich. Z jakiegoś jednak powodu trzeba stanąć albo pod ściana z zegarem z kukułką, albo pod tą z dzwonkiem. Jeśli komuś to nie odpowiada, to zostaje wykopany przez okno, ewentualnie przez drzwi.
Jakoś tak się porobiło, że nie ma miejsca dla wątpiących, dla tych, którzy niby się zgadzają, ale widzą w tym zgadzaniu się pewne luki, czyli generalnie dla tych, dla których świat ma wiele barw, nie tylko czerń i biel.
Żeby była pełna jasność, ja sama jestem gotowa dać komuś kopa, bo niby on z mojego kącika pod ścianą, a mówi takie rzeczy, że ci z naprzeciwka ręce zacierają. Ot dla przekładu Marcin Meller i Andrzej Mleczko jakiś czas temu dyskutowali w telewizji o uchodźcach i obaj powiedzieli, że lepiej żeby w Polsce muzułmanów nie było. Woda dla młyn dla prawicy. I tyle tej wody, że ja już sama nie wiem, czy oni mówili, że są przeciw przyjmowaniu uchodźców, czy są za przyjmowaniem.
Polska debata publiczna powoli psieje. Bo co to za debata, gdy jedna strona próbuje przekrzyczeć drugą. Tak naprawdę w porządnej debacie najpierw powinno się zrozumieć racje drugiej strony, a dopiero potem podjąć polemikę z tymi racjami. I to bynajmniej nie w celu przekonania do swoich racji, ale po to, by znaleźć złoty środek. Teraz trzeba na wstępie się opowiedzieć i trwać niezłomnie przy swoim zdaniu niczym Ordon na Reducie. Obawiam się, że w ten sposób po pierwsze wszyscy zgłupiejemy w ekspresowym tempie, a po drugie nie będzie nam potrzebna żadna cenzura, bo samo ocenzurujemy się wystarczająco.
Dziś podpromujmy młodego człowieka, który mocno walczy o swoje i na razie wiele nie wywalczył.
czwartek, 27 lipca 2017
Zaufajmy młodym
Jako jeden z większych koszmarów dzieciństwa wspominam
spotkania z kombatantami. Odbywały się zwykle na sali gimnastycznej. Było
kilkadziesiąt znudzonych dzieciaków i jakiś dziadek, który niewyraźnie mówił.
Czasem nawet padło ciekawe zdanie, ale rzadko. A poza tym i tak nikt tego nie słuchał.
Bo ile można o wojnie? Myślę, że gdybym
dziś miała naście lat, to odruchem wymiotnym reagowałabym na kombatanckie
wspominki z lat 80. Zresztą tak zareagowałam, gdy podczas protestów
Krzysztof Łoziński z KOD po raz Bóg wie który opowiadał o swojej opozycyjnej
działalności. I gdy grana były piosenka "Wolność kocham i rozumiem". Hit w sam raz dla 20- czy 30-latków.
Ze wszystkich stron docierają do mnie głosy, że młodzi nie
włączają (włączali) się w protesty, bo nie mają pojęcia, czym był PRL i że
trzeba im to uświadamiać. A ja mam pytanie: Po co? Ktoś naprawdę wierzy, że PRL
wróci? Grożą nam rządy autokratyczne, ale nie PRL. Zresztą który PRL? Ten z lat
50. czy ten z lat 70.? Prawda jest taka,
że próbujemy ich ostrzec przed tym, co było, bo nie mamy pojęcia, co będzie. A
oni wiedzą, że my nie wiemy, więc słuchają nas z politowanie. Tak jak my słuchaliśmy
starszych, gdy byliśmy młodzi.
- Mamy kłopot, bo polska scena polityczna jest zdominowana
przez pokolenie 60, powoli już także 70 -latków. Ich perspektywa, ich patrzenie
na świat, ich wspomnienia, ich mołojecka sława sprzed lat, którą chcą się pochwalić
za każdym, gdy pokazują się w przestrzeni publicznej. To dominuje nam debatę i
to jest kłopot. Mamy rok 2017. Wyzwania przed którymi stoimy, problemy przed
którymi stoimy, zagrożenia przed którymi stoimy to są zagrożenia tu i teraz. Nie żyjemy już w świecie, w którym
porozumiewamy się za pomocą powielacza i nielegalnie rozdawanych ulotek –
mówił dziś w TOK FM Adrian Zandberg. Dzieli nas całe pokolenie, ale w pełni się
z nim zgadzam.
My chyba za bardzo martwimy się o młodych. Oni mają inne
priorytety, a przez to inaczej reagują. Jeśli nie zamęczymy ich naszą
martyrologia, to pewnie pokażą, że potrafią bronić naszego miejsca w Europie. A
jeśli jednak nie? No cóż, to tak naprawdę będzie ich strata, już nie nasza.
wtorek, 25 lipca 2017
Gdy mama z tatą się kłócą
Szczerze po ludzku współczuję zwolennikom PiS. Są jak dzieci ze skłóconej rodziny. Do wczoraj ich świat był prosty i przyjemny. Szedł z góry jasny przekaz i wiadomo było, czego się trzymać. Sąsiadów wyzywało się od zdrajców lub pożytecznych idiotów, swoim przytakiwało się we wszystkim. A tu taka niespodzianka.
Mamusia i tatuś mają najwyraźniej ciche dni. Bo tatuś uznał, że te pieniążki, które zarabiał po godzinach, może jednak wydać na piwo z kolegami. Tupnął nogą i powiedział: Cisza! Teraz ja rządzę! Mama więc strzeliła focha.
Ominęła mnie wczoraj przyjemność wysłuchania pogadanki do narodu na dwa głosy. Do prawego ucha mówił Andrzej Duda, a do lewego Beata Szydło. Ominęła mnie, ponieważ uznałam, że słuszniej będzie wyjść na codzienny spacer i wypalić do końca świeczkę, z której już niewiele zostało. O żenujących popisach mamusi i tatusia dowiedziałam się dopiero po powrocie.
Każdy z nas, a przynajmniej zdecydowana większość, miała mamusię i tatusia. Sami też często mamusiami i tatusiami byliśmy. Umówmy się więc, że wszyscy wiemy, że w czterech ścianach domów dzieją się różne rzeczy, często takie, do których nikt nigdy nikomu by się nie przyznał, nawet pod karą śmierci. I najczęściej w tych czterech ścianach powinny zostać, bo wynoszenie brudów na zewnątrz znacznie utrudnia ewentualną zgodę.
Powiem szczerze, że jeśli chodzi o moją osobistą przyjemność, to Andrzej Duda i Beata Szydło mogą się nawet pozabijać. Ponieważ ja zwolennikiem PiS nie jestem, to nie muszę teraz odpowiadać na pytanie, czy bardziej kocham mamusię, czy tatusia. Zastanawia mnie jednak sympatia, którą wielu ich sąsiadów wykazuje wobec tatusia, który tychże sąsiadów wyzywał od najgorszych i parę razy olał sikiem płaskim ich ogródki.
Może więc zbierzmy do kupy fakty:
- Najwyraźniej w obozie PiS rozpoczęła się walka na górze. Przypominam jednak wszystkim przeciwnikom tej partii, że to nie ich walka. Proponuję nie kibicować, nie cieszyć się, że obie strony wyjdą z niej osłabione, tylko spokojnie poczekać. Tak naprawdę nie wiemy, o co toczy się ta gra, więc jeśli nie mamy bomby*, którą możemy wrzucić na boisko, to siedźmy cicho.
- Andrzej Duda podpisał ustawę o sądach powszechnych, czyli tę ustawę, która może dotyczyć bezpośrednio każdego z nas (mnie na pewno, bo czekam na sprawę w sądzie).
- Andrzej Duda zawetował dwie ustawy. Dwa totalne buble prawne. Czy naprawdę jest za co dziękować? Czy tak szybko zapomnieliśmy, że śmierdzącym obowiązkiem Prezydenta RP jest pilnowanie, by takie buble, które na dodatek jawnie łamią Konstytucję, nie nabierały mocy prawnej? Mój szef mi raczej nie podziękuje dziś za to, że przyszłam do pracy, a kolega z biura obok nie będzie bił mi brawa, bo nie naplułam mu do szklanki. Ja więc też wstrzymam się z podziękowaniami za to, że ktoś wreszcie wykonał swoją pracę.
- Andrzej Duda powinien kiedyś trafić pod Trybunał Stanu, bo wielokrotnie złamał Konstytucję RP. Może i są jakieś okoliczności łagodzące, ale chyba musi się jeszcze bardziej o nie postarać.
I na koniec. Przypominam, że w większości wypadków po pierwszej kłótni mamusia i tatuś zwykle godzą się ze sobą. Znałam małżeństwo, w którym on jej rozbił na głowie gitarę. Trzy dni później byli najbardziej zakochaną w sobie parą na warszawskiej Ochocie. Proponuję więc przyglądać się i czekać. Ja osobiście za cholerę im nie wierzę. Sorry.
Piosenka tylko średnio w temacie, ale podoba mi się, więc ją zamieszczam.
*ze względu na radykalnie zmienioną sytuacje prawną w moim kraju spieszę wyjaśnić, że to bomba jedynie w przenośni, metaforyczna.
Mamusia i tatuś mają najwyraźniej ciche dni. Bo tatuś uznał, że te pieniążki, które zarabiał po godzinach, może jednak wydać na piwo z kolegami. Tupnął nogą i powiedział: Cisza! Teraz ja rządzę! Mama więc strzeliła focha.
Ominęła mnie wczoraj przyjemność wysłuchania pogadanki do narodu na dwa głosy. Do prawego ucha mówił Andrzej Duda, a do lewego Beata Szydło. Ominęła mnie, ponieważ uznałam, że słuszniej będzie wyjść na codzienny spacer i wypalić do końca świeczkę, z której już niewiele zostało. O żenujących popisach mamusi i tatusia dowiedziałam się dopiero po powrocie.
Każdy z nas, a przynajmniej zdecydowana większość, miała mamusię i tatusia. Sami też często mamusiami i tatusiami byliśmy. Umówmy się więc, że wszyscy wiemy, że w czterech ścianach domów dzieją się różne rzeczy, często takie, do których nikt nigdy nikomu by się nie przyznał, nawet pod karą śmierci. I najczęściej w tych czterech ścianach powinny zostać, bo wynoszenie brudów na zewnątrz znacznie utrudnia ewentualną zgodę.
Powiem szczerze, że jeśli chodzi o moją osobistą przyjemność, to Andrzej Duda i Beata Szydło mogą się nawet pozabijać. Ponieważ ja zwolennikiem PiS nie jestem, to nie muszę teraz odpowiadać na pytanie, czy bardziej kocham mamusię, czy tatusia. Zastanawia mnie jednak sympatia, którą wielu ich sąsiadów wykazuje wobec tatusia, który tychże sąsiadów wyzywał od najgorszych i parę razy olał sikiem płaskim ich ogródki.
Może więc zbierzmy do kupy fakty:
- Najwyraźniej w obozie PiS rozpoczęła się walka na górze. Przypominam jednak wszystkim przeciwnikom tej partii, że to nie ich walka. Proponuję nie kibicować, nie cieszyć się, że obie strony wyjdą z niej osłabione, tylko spokojnie poczekać. Tak naprawdę nie wiemy, o co toczy się ta gra, więc jeśli nie mamy bomby*, którą możemy wrzucić na boisko, to siedźmy cicho.
- Andrzej Duda podpisał ustawę o sądach powszechnych, czyli tę ustawę, która może dotyczyć bezpośrednio każdego z nas (mnie na pewno, bo czekam na sprawę w sądzie).
- Andrzej Duda zawetował dwie ustawy. Dwa totalne buble prawne. Czy naprawdę jest za co dziękować? Czy tak szybko zapomnieliśmy, że śmierdzącym obowiązkiem Prezydenta RP jest pilnowanie, by takie buble, które na dodatek jawnie łamią Konstytucję, nie nabierały mocy prawnej? Mój szef mi raczej nie podziękuje dziś za to, że przyszłam do pracy, a kolega z biura obok nie będzie bił mi brawa, bo nie naplułam mu do szklanki. Ja więc też wstrzymam się z podziękowaniami za to, że ktoś wreszcie wykonał swoją pracę.
- Andrzej Duda powinien kiedyś trafić pod Trybunał Stanu, bo wielokrotnie złamał Konstytucję RP. Może i są jakieś okoliczności łagodzące, ale chyba musi się jeszcze bardziej o nie postarać.
I na koniec. Przypominam, że w większości wypadków po pierwszej kłótni mamusia i tatuś zwykle godzą się ze sobą. Znałam małżeństwo, w którym on jej rozbił na głowie gitarę. Trzy dni później byli najbardziej zakochaną w sobie parą na warszawskiej Ochocie. Proponuję więc przyglądać się i czekać. Ja osobiście za cholerę im nie wierzę. Sorry.
Piosenka tylko średnio w temacie, ale podoba mi się, więc ją zamieszczam.
*ze względu na radykalnie zmienioną sytuacje prawną w moim kraju spieszę wyjaśnić, że to bomba jedynie w przenośni, metaforyczna.
piątek, 21 lipca 2017
Jeszcze pamiętam
Niecałe 10 lat
temu byłam na wakacjach w Karpaczu. Pomyślałam, że zrobię sobie wycieczkę do
Niemiec. Pojechałam do Zgorzelca. Przejeżdżając przez most, przez TEN most,
uświadomiłam sobie, że przecież już nie ma granic. Właśnie wtedy to do mnie
dotarło, na tym moście. I jak dzieciak się popłakałam.
W zeszłym roku byłam na wycieczce w Mołdawii. Tam są mocno restrykcyjne przepisy dotyczące przewożenia przez granicę alkoholu i papierosów (wolno mieć przy sobie bodaj dwie paczki fajek, czyli 20 szt.). Oznacza to, że celnicy potrafią ostro przetrzepać bagaże. Gdy nasz autokar dojechał do granicy, patrzyliśmy z niepokojem na celników przeszukujących bagaże wszystkich przed nami. W końcu przyszła nasza kolej. Pan w mundurze wszedł do autokaru i zapytał, skąd jesteśmy. Po informacji, że jesteśmy z Polski, machnął ręką i powiedział, że możemy jechać.
Czemu nagle zebrało mi się na wspomnienia? Bo ja pamiętam i inne czasy. Pamiętam opowieści o tym, jak na granicy polsko-czechosłowackiej celnicy potrafili wyrzucić wszystko z polskich bagaży i na peronach rosły stosy przewożonych przez Polaków rzeczy.
Pamiętam powroty mojego byłego męża z saksów. Wracał brudny i śmierdzący. Bo żeby zarobić jak najwięcej spał w złych warunkach, często w samochodzie. Obiecałam sobie wtedy, że jeśli ja wyjadę zagranicę, to jako człowiek, którego się szanuje, jak normalna turystka. Albo nie wyjadę w ogóle. I udało się. Pierwszy raz pojechałam służbowo do Tunezji na początku lat 90. To były czasy, gdy z kolegą zaszokowaliśmy resztę wycieczki, bo zamiast na bazar, w Tunisie poszliśmy na koniak i kawę do hotelowej kawiarni. Znajomi dopytywali, ile nas to kosztowało, bo wydawało im się, że to fanaberia, że zagranicę to się jedzie tylko na handel.
To była gigantyczna praca całego narodu, gigantycznie i piekielnie długą drogę pokonaliśmy, żebyśmy byli w Europie i na świecie traktowani tak jak teraz, jak Europejczycy. Całe pokolenie poniosło olbrzymi wysiłek, by zdobyć szacunek świata. By nie być tymi gorszymi. By nie wstydzić się, że jest się Polakiem.
I wszystko to jest teraz niszczone. Na naszych oczach.
Naprawimy to, bo zawsze naprawiamy. Ale kiedy?
W zeszłym roku byłam na wycieczce w Mołdawii. Tam są mocno restrykcyjne przepisy dotyczące przewożenia przez granicę alkoholu i papierosów (wolno mieć przy sobie bodaj dwie paczki fajek, czyli 20 szt.). Oznacza to, że celnicy potrafią ostro przetrzepać bagaże. Gdy nasz autokar dojechał do granicy, patrzyliśmy z niepokojem na celników przeszukujących bagaże wszystkich przed nami. W końcu przyszła nasza kolej. Pan w mundurze wszedł do autokaru i zapytał, skąd jesteśmy. Po informacji, że jesteśmy z Polski, machnął ręką i powiedział, że możemy jechać.
Czemu nagle zebrało mi się na wspomnienia? Bo ja pamiętam i inne czasy. Pamiętam opowieści o tym, jak na granicy polsko-czechosłowackiej celnicy potrafili wyrzucić wszystko z polskich bagaży i na peronach rosły stosy przewożonych przez Polaków rzeczy.
Pamiętam powroty mojego byłego męża z saksów. Wracał brudny i śmierdzący. Bo żeby zarobić jak najwięcej spał w złych warunkach, często w samochodzie. Obiecałam sobie wtedy, że jeśli ja wyjadę zagranicę, to jako człowiek, którego się szanuje, jak normalna turystka. Albo nie wyjadę w ogóle. I udało się. Pierwszy raz pojechałam służbowo do Tunezji na początku lat 90. To były czasy, gdy z kolegą zaszokowaliśmy resztę wycieczki, bo zamiast na bazar, w Tunisie poszliśmy na koniak i kawę do hotelowej kawiarni. Znajomi dopytywali, ile nas to kosztowało, bo wydawało im się, że to fanaberia, że zagranicę to się jedzie tylko na handel.
To była gigantyczna praca całego narodu, gigantycznie i piekielnie długą drogę pokonaliśmy, żebyśmy byli w Europie i na świecie traktowani tak jak teraz, jak Europejczycy. Całe pokolenie poniosło olbrzymi wysiłek, by zdobyć szacunek świata. By nie być tymi gorszymi. By nie wstydzić się, że jest się Polakiem.
I wszystko to jest teraz niszczone. Na naszych oczach.
Naprawimy to, bo zawsze naprawiamy. Ale kiedy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

