piątek, 24 marca 2017

Bieszczady

Spędziłam kilka dni w Bieszczadach. Było cudownie! Na komentarze odpowiem jutro. I jutro napiszę coś więcej. Na razie parę foto-wspomnień:



Dotarłam tam, gdzie kończą się drogi.

Widziałam drwali przy pracy.



Jeździłam po lasach fajnym samochodzikiem (nie ja prowadziłam)


Patrzyłam jak robi się węgiel na grill.


Podziwiałam widoki.


Spacerowałam wśród porannych mgieł.



wtorek, 21 marca 2017

Goniąc szczęście

Ponieważ wczoraj był Dzień Szczęścia, to i dziś temat niesie jak echo. Głównie za sprawą działań podjętych właśnie wczoraj. I tak właśnie dziś rano dowiedziałam się, gdzie żyją najszczęśliwsi ludzie na świecie. "Chcesz być szczęśliwy? Jedź do Norwegii" - głosi tytuł artykułu. Bzdurny zresztą, bo wątpię, żeby w Norwegii każdemu przyjezdnemu dawali szczęście w ramach wyprawki. Znam pewną Polkę, która ma wybitny talent do znajdywania dziury w całym i do narzekania na każdy temat. Już ją widzę szczęśliwą w Norwegii. Zwłaszcza w zimie przy norweskim obiedzie. Kolejne na liście są: Dania, Islandia, Szwajcaria, Finlandia, Holandia, Kanada, Nowa Zelandia, Australia i Szwecja. Lista w pewien sposób zaskakująca. Bo pomyślcie o życiu, w jakich krajach marzy większość z nas? W ciepłych! Lazurowe Wybrzeże jawi się wręcz jak bajka. A tymczasem szczęście dają norweskie fiordy. Ot, niespodzianka. Nowa Zelandia i Australia, choć ciepłe, to państwa dość oczywiste. Leżą wystarczająco daleko, by mieć wszystkie bóle współczesnego świata w nosie.
Oprócz niskich temperatur jest coś jeszcze uderzającego na tej liście. Widzicie na niej te rejony naszej planety, gdzie większość mieszkańców to katolicy? Jakieś wnioski?
Duńskie szczęście nabrało ostatnimi czasu waloru komercyjnego. Patent na nie sprzedawane jest pod nazwą hygge. Poradniki uczą sztuki hygge, spece urządzają ludziom mieszkania w stylu hygge. Ponoć nawet można ubrać się w hygge. Ja upatruję w tym pewną sprzeczność. Aby osiągnąć stan błogości i relaksu, trzeba z tego stanu zrezygnować, żeby zarobić na wskazówki, jak do tego stanu wrócić. Ale czy generalnie cała nasza pogoń za szczęściem nie wygląda właśnie w ten sposób? Figurę, która daje szczęście, osiąga się nie jedząc nic lub jedząc watę. Styl życia, dający szczęście osiąga się zarzynając się w pracy i żyjąc przez pięć dni w tygodniu w stresie. Nie mogę więc oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę nie chodzi o to, by złapać to szczęście, ale by gonić je, ale by gonić je...


poniedziałek, 20 marca 2017

Dzień Szczęścia?

Właśnie dowiedziałam się, że dziś jest Międzynarodowy Dzień Szczęścia. I to bynajmniej nie jest wydarzenie, któremu dorównać może wagą Dzień Teściowej, Dzień Przemytnika Litewskiej Książki czy Dzień Pizzy, czyli jedno z bzdurnych świąt w kalendarzu na Nonsensopedii. Międzynarodowy Dzień Szczęścia ustanowiło samo Zgromadzenie Ogólne ONZ. Czyli rzecz poważna. Aż głupio byłoby nie być dziś szczęśliwym. Zwłaszcza, że w rezolucji wprowadzającej to święto napisano, że "dążenie do szczęścia jest podstawowym celem człowieka".
Przyznam, że ja sama mam bardzo mieszane uczucia w tej sprawie. A przede wszystkim nie uważam szczęścia za cel podstawowy. Ani mój, ani jako cel ludzkości. Do sprawy podchodzę szalenie pragmatycznie. Podstawowym celem człowieka jest przetrwanie. Czyli cel taki, jaki mają wszystkie zwierzęta. Lepiej oczywiście przetrwać w dobrych warunkach i w zadowoleniu niż w warunkach złych i w stanie permanentnego nieszczęścia, ale priorytety wydają się być jasne.
Nie uważam też szczęścia za coś constans. Są jedynie chwile szczęścia. I aby te chwile były, muszą też jednak być chwile nieszczęścia. Żeby przez możliwość porównania zauważyć, że się jest szczęśliwym. Zgadzam się w tym wypadku z twórcami filmu "Matrix". Nie wiem, czy pamiętacie, że w pierwszym Matriksie (mam na myśli wirtualny świat) ludzie żyli w dobrobycie i niczego im nie brakowało, ale to się nie sprawdziło i trzeba było stworzyć kolejny Matrix, w którym świat zaczął przypominać bieg z przeszkodami.
Nie dziwię się jednak specjalnie ONZ, gdyż wydaje się, że rzeczywiście ludzie ruszyli w pogoń za szczęściem. I choć przypomina to poszukiwania świętego Graala, chętnych do udziału w tej wyprawie nie brakuje.
Ewidentnie zaczęłam czepiać się szczęścia, co dla niektórych może świadczyć albo o moim upośledzeniu umysłowym, albo o czepiactwie wrodzonym. Ani jedno, ani drugie nie jest wykluczone. Mam jednak wrażenie, że po prostu w ostatnich latach (dziesięcioleciach?) zmieniło się rozumienie pewnych słów, w tym słowa "szczęście". Mam wrażenie, że to kiedyś było zadowoleniem czy dobrobytem, dziś nazywane jest szczęściem. Nastąpiła więc inflacja tego cudownego stanu i przez to szczęście nieco spsiało. Międzynarodowy Dzień Szczęścia jednak zobowiązuję. Życzę Wam najwięcej chwil prawdziwego szczęścia i tego byście potrafili należycie je docenić.




niedziela, 19 marca 2017

Inaczej

W ciągu dość długiego życia nauczyłam się kilku ważnych rzeczy. Na pewno tego, że wszystko mija. Ta świadomość nie sprawia, że nie ulegam czasami silnym emocjom, ale już wiem, że te emocje miną szybciej niż by się wydawało. Mówiąc wprost: już wiem, że nic co mnie spotyka nie jest końcem świata. Ale to nie wszystko. Przez lata odkryłam też to, że życia ma za nic moje wyobrażenia, że choćbym nie wiem, jak kombinowała, to i tak będzie inaczej. W ważnych rzeczach i w drobiazgach.
Kiedyś rzuciłam palenie. Nawet po kilku latach nie pozwalałam sobie na to, żeby zapalić, bo czułam, że jeden papieros i wrócę do nałogu. Myślałam, że będzie tak: Najpierw się krztuszę od dymu, ale potem czuję potrzebę palenia. No i stało się tak, że mieliśmy jakąś bardzo trudną sytuację w pracy, poszliśmy na piwo, trochę wypiliśmy, a ja się złamałam. Wypaliłam dwa papierosy. Już pierwszy wszedł we mnie jak w masło. Natomiast następnego dnia marzyłam o czymś w rodzaju szczotki do mycia butelek, bym mogła się wyczyścić w środku. Po prostu było inaczej niż myślałam.
Gdy uczyłam się jeździć samochodem, najbardziej bałam się tego, że będę panikować, że odlecę, gdy ktoś zatrąbi na mnie klaksonem i że w ogóle zjedzą mnie za kierownicą nerwy. Gdy dostałam prawo jazdy i zaczęłam jeździć, popełniałam wiele błędów doprowadzając pewnie do białej gorączki niektórych kierowców. To akurat nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia. Najmniejszego! Znów było inaczej niż sobie wyobrażałam.
Dziś na gazeta.pl przeczytałam artykuł o 40-latkach. Tekst robi wrażenie materiału o tym jak wyobraża sobie życie po 40-tce kobieta po 30-tce. Podejrzewam autorkę o jedną wielką ściemę, ale nawet gdyby to nie była ściema, to nawet reportaże są jednak pewna wizją świata autora. W tym wypadku nawet zdjęcia musiały budzić uśmiech politowania, bo przedstawiały agencyjne modelki 60+. A tak na marginesie, to jak ja wyobrażałam sobie życie po 40-tce? Mniej więcej tak jak wyobrażałam sobie w podstawówce 2000. rok. Inaczej.
Inne też niż sobie wyobrażamy są zwykle motywy działania innych ludzi. Inne konsekwencje naszych błędów. Dla ilu osób największym szczęściem okazywało się największe nieszczęście?
I tylko szkoda, że nie wiedziałam tego ćwierć wieku temu.
Muzycznie polećmy czymś nieco nowszym.


czwartek, 16 marca 2017

To co najwazniejsze pozostało

Wolność to dla mnie możliwość popełniania nieograniczonej ilości błędów. Bez straszliwie wielkich konsekwencji, ale żeby po prostu móc iść swoją drogą.
                                                                               Wojciech Młynarski


środa, 15 marca 2017

Jak po sznurku

Moja koleżanka ma średnio fajną sytuację w pracy. Połowa jej działu to gorliwi katolicy (nie mylić z katolik, a już nie daj Boże z chrześcijanami), druga połowa to ateiści o poglądach lewicowych. Jeśli było tam jakieś centrum, to się dawno zradykalizowało. To tyle tytułem wprowadzenia.
8 marca, gdy odbywał się kolejny babski protest, we wspomnianej grupie wybuchła spora awantura. Ktoś z prawej strony rzucił: - Co za głupie te kobiety! Czemu tak bardzo zależy im na zabijaniu dzieci? Ktoś z lewej strony odpowiedział: - Bzdury mówisz, nie chodzi o zabijanie. - A o co? - O prawo wyboru! Potem już było tak głośno, że w zasadzie żadna ze stron nie rozumiała, co krzyczy ta druga.
Wysłuchałam tej relacji, a pod koniec opowieści miałam oczy wielkości młyńskich kół.
Teraz chwila przerwy na stopniowanie napięcia:))) A chwile wykorzystam na inną historię.
Szkoła podstawowa, klasa czwarta poszła na wycieczkę do muzeum geologicznego. Dwóch chłopców pobiło się i to tak skutecznie, że spadł jeden z eksponatów - sporych rozmiarów głaz. Jednemu z chłopców wychowawczyni obniżyła ocenę z zachowania. Nie spodobało się to jego tacie, który podjął temat na zebraniu. - Biło się dwóch, a tylko mój syn został ukarany. - Wie pan, ze z nim już były kłopoty. - Ale to było w ubiegłym roku. - Być może, ale został karnie przeniesiony z innej klasy. - To wcale nie była taka oczywista sprawa... - Czy mam powiedzieć przy wszystkich o co poszło? Tak na marginesie to po szło o to, że zaglądał dziewczynkom pod spódnice.
Czy już wiecie, skąd moje wielkie oczy?
Nie jestem w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że inteligentni ludzi dają się prowadzić jak na sznurku. Sprawa szkolna chyba jest jasna? Wychowawczyni postąpiła niesprawiedliwie i nie potrafiła tego wytłumaczyć, więc odwróciła kota ogonem. U mojej koleżanki w pracy światli ludzie dali sobie narzucić narrację jakiejś nawiedzonej kretynki (ona naprawdę jest nawiedzona, ale to nie miejsce, by to wyjaśniać). Polki nie dzielą na się na przeciwniczki i zwolenniczki aborcji, czy jak kto woli przeciwniczki i zwolenniczki zabijania. Nie chcę mówić w imieniu wszystkich, ale znaczna część protestujących 8 marca nie jest za aborcja, jest zaś za tym, by prawa ciężarnej były takie same, albo nawet większe niż płodu czy jak kto woli nienarodzonego dziecka. By wszelkimi możliwymi sposobami zapobiegać sytuacji prowadzącej do aborcji. By uznać, że czy się zakaże aborcji czy nie, kobiety i tak będą się na nią decydować, niech więc to robią minimalizując szkody. By in vitro było dozwolone... 
Od wielu lat mam jedno marzenie. Żeby w polskich szkołach uczono trudnej sztuki dyskusji, by uczono właściwej argumentacji, by uczono rozpoznawać techniki manipulacyjne. Pewnie długo jeszcze będę marzyć. I pewnie długo jeszcze głupie kłótnie będą zastępować wymianie poglądów.

Kącik muzyczny tylko dla mnie.




poniedziałek, 13 marca 2017

Niewiedza ustrojona w cudze piórka

Przy okazji jakiejś naparzanki politycznej usłyszałam w radiu ładny komentarz: - Im ktoś mniej wie, tym pewniejszym głosem mówi - powiedział dziennikarz, ale z przykrością stwierdzam, że nie pamiętam już który. Wypowiedziana myśl zdaje się być szalenie trafna. Można ją wręcz uważać za zasadę! A jednak zadziwiająco wiele osób nabiera się na ton głosu (przy czym "ton głosu" to oczywiście pojęcie symboliczne).
Słyszałam kilka rozmów z politykami, w których powoływali się na konstytucję czy na inny akt prawny. Polityk jednej opcji powoływał się, a polityk drugiej opcji mówił, że to bzdura, bo owym dokumencie nic takiego nie ma. - Jest! - Nie ma! - Jest! - Nie ma! Tak to mniej więcej zwykle wygląda i chyba nigdy mi się nie zdarzyło, żeby prowadzący rozmowę dziennikarz pokazał w tym momencie tekst źródłowy. 
Niedawno w moim kręgu towarzysko-zawodowym rozpętała się dyskusja na temat podobieństwa jednego serialu do drugiego (moim zdaniem jest mniej więcej takie jak między "Grą o tron" a "Królową Boną"). Koleżanka wyciągała jednak kolejne podobieństwa, opisywała je używając mądrych słów, żonglując różnymi tytułami, mam wrażenie, że wiele osób przekonała do swoich prawd. A potem przypadkiem wyszło na jaw, że przynajmniej jednego z seriali nie widziała ani jednego odcinka.
Strasznie łatwo nabieramy się na czyjąś mądrość. Często powodem są nasze kompleksy. No bo nie rozumiemy słowa, którego ktoś użył, że nie czytaliśmy książki, którą przecież "wypada znać", nie słyszeliśmy o "niezwykle oczywistych" wydarzeniach. A jeśli czegoś nie wiemy, to z łatwością jesteśmy skłonni przyjąć, że ten, kto to wie jest od nas mądrzejszy. I nie wpada nam do głowy, że ten pewniejszy głos, to żonglowanie cytatami i faktami, to często dowód niewiedzy, którą dobrze przysypać retorycznym śmieciem i okrasić odpowiednim tonem głosu. Innym powodem jest chodzenie na łatwiznę. No bo jeśli ktoś wie lepiej, to prościej mu przytaknąć niż samemu szukać odpowiedzi.
Tak czy siak, wystrzegajmy się tych, którzy wiedzą lepiej. Łatwo ich rozpoznać po tonie głosu.

W kąciku muzycznym ramotka nie na temat.