poniedziałek, 7 listopada 2016

W oku rewolucji

Za chwilę wybory w USA i być może za chwilę świat wykona zwrot i pójdzie ku nieznanemu (mam nadzieję, że jednak nie). Choć faktem jest, że Hillary Clinton sporo zrobiła, by przegrać w tej rozgrywce, ja nadal przecieram oczy ze zdumienia, jak to możliwe, żeby ktoś taki jak Donald Trump mógł w ogóle myśleć o wprowadzeniu się do Białego Domu. Jak to możliwe, żeby w kraju z tak okrzepłą demokracją mogło dojść do tego, że na poważnie rozważamy ten wariant?
Lata temu nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że Andrzej Lepper wprowadził swoją partię do Sejmu. Nieco ponad rok temu uważałam za absurd wybranie na prezydenta mojego kraju zupełnego "no-name'a".
Wielka Brytania postanowiła opuścić Unię Europejską, choć do dziś Brytyjczycy do końca nie rozumieją dlaczego.
Naturalną konsekwencją tych wszystkich mało zrozumiałych wydarzeń jest, że co jakiś czas tłucze mi się po głowie pytanie: Czy świat oszalał? Bo rzeczywiście pewne wybory, nasze i obce, wskazują na zupełne oderwanie się wyborców od rzeczywistości.
Wstęp był przydługi, będę więc niewymownie wdzięczna, gdy okaże się, że dotarliście do tego miejsca i posłuchacie mojej prośby, by nie wdawać się w dyskusję o wyborach w USA.
Mnie w tym wpisie interesuje wyjaśnienie, czemu ludzie, i to w ogromnej masie, decydują się dokonać wyboru, który porównać można do obcięcia gałęzi, na której się siedzi. Nawet mam na ten temat pewną teorię.
Otóż do głosu doszło pokolenie wychowane na grach komputerowych i internecie.
1. Wszyscy, którzy grali w gry komputerowe wiedzą, że czasami trzeba wypróbowywać różne, czasami absurdalne, rozwiązania, by przejść na kolejny poziom. I wiele się nie ryzykuje, bo i tak mamy parę żyć w zanadrzu. A nawet jeśli nie, to co najwyżej zacznie się grę od początku. Wybory w sumie można traktować jak grę. Nie podoba mi się mój świat, robię ryzykowny ruch. Ot tak, dla sprawdzenia co będzie.
2. Rewolucję internetową można przyrównać chyba tylko do rewolucji przemysłowej. Wtedy narodził się socjalizm. Dziś też coś się rodzi, ale diabli wiedzą co. Do niedawna były jakieś podziały w społeczeństwie. Byli bogaci i biedni, wykształceni i niewykształceni... Drogi przedstawicieli tych grup raczej się nie krzyżowały. Internet sprawił, że robotnik dyskutuje z profesorem jak równy z równym i często wygrywa, z różnych powodów - bo profesorowie nie mają monopolu na wiedzę całego świata, bo profesorowie wymiękają przy poziomie pewnych argumentów...
3. Kiedyś wiedza była kapitałem. Kto posiadał wiedzę cieszył się szacunkiem. Dziś ta wiedza jest w zasięgu ręki dla każdego. Wiedza więc się zdewaluowała. Mało tego ona przestała być cenna nawet dla ludzi, dla których do niedawna cenna była. Obserwuję dyskusje w internecie. Często z zażenowaniem. Bo nie ma o czym dyskutować:)))) Przykłady? Na FB niedawno rozgorzała dyskusja o kremacji i o tym, że Watykan wydał w tej sprawie wytyczne. Bo dlatego Watykan ogranicza, bo... Nikt jednak nie zerknął do obowiązującego w Polsce prawa, które od dawna to reguluje. Tak jak uregulował to teraz Watykan:)))) Dziś wyczytałam, że gdzie dyskutowano o treści Mazurka Dąbrowskiego. Czy jest "póki my żyjemy" czy "kiedy my żyjemy"? Jest o czym dyskutować, prawda? Ile sekund trwa sprawdzenie? Obecnie po FB krąży wiele bzdur, których się nie weryfikuje, ważne, że są poprawne politycznie. Puszczanie tego w dalszy obieg jest OK, negowanie nie-OK. Nie wie wiedza się liczy a przekaz.
Tak jak skutków rewolucji przemysłowej nie dało się cofnąć, tak i skutki rewolucji internetowej są nieodwracalne. Ciekawe jest jedynie, dokąd nas ta rewolucja zaprowadzi i jakie mechanizmy ludzkość stworzy, bo jakieś stworzy na pewno.

Kontynuuję akcję promowania Pablopavo. Uwielbiam tego faceta!


sobota, 5 listopada 2016

Czy nie zgubiliśmy celu...

Wiele, wiele lat temu, jeszcze za PRL-u, podczas którychś studiów miałam zajęcia z propagandy. Dziś to pewnie byłby jakiś marketing czy reklama. Prowadzący wyjaśniał nam kolejne etapy propagandy. Przykładem była akcja antynikotynowa. Czyli najpierw mówimy, że palnie szkodzi. Potem lekarz tłumaczy, na jakie choroby można zachorować, gdy się pali. Kolejny etap to wypowiedzi ludzi, którzy zachorowali, bo palili. - A potem pokazuje się chore płuca palacza, brudne, przeżarte rakiem. Palacz to ogląda i co wtedy robi? - zapytał prowadzący, ewidentnie patrząc na mnie. - Sięga po papierosa - wyszeptałam, a trzeba Wam wiedzieć, że byłam wtedy palaczem profesjonalnym, a więc minimum paczka dziennie. - No właśnie! - ucieszył się prowadzący i zaczął nam tłumaczyć jak w pewnych działaniach można przedobrzyć.
Przyznam, że gdy czytam ostatnio teksty (a nawet tylko tytuły tekstów) na gazeta.pl, dochodzę do wniosku, że to już właśnie ten etap. Każdy bzdet wykorzystuje się, żeby przykopać rządowi. Skutek? Przeciwnicy Wyborczej utwierdzają się, że to biuletyn propagandowy opozycji (coś w rodzaju odpowiedzi na "Wiadomości". Najbardziej zatwardziali przeciwnicy PiS się cieszą, bo oni też w każdym aspekcie rządów PiS widzą same zło. Ludzie ze środka, tacy jak ja, mają zaś odruch wymiotny. Ostatnio dałam wyraz niezadowoleniu i jeden z artykułów tak skomentowałam. Zostałam zrugana i wyzwana do pisówek.
Wnioski? To już chyba ten etap rewolucji, na którym trzeba się jasno określić po której stronie się jest i być tej stronie ślepo oddanym. W myśl zasady, że kto nie z nami ten przeciw nam. Oczywiście wygrana w takim starciu jest niemożliwa, ale obawiam się, że już dawno przestało chodzić o cel, a chodzi po prostu o walkę. Wszystkim tylko o to chodzi.I mam wrażenie, że tak się dzieje od stuleci. Pokój Polakom wadzi, lepiej spisują się w walce. 
Rozmawiałam niedawno z facetem, który zadaje się ma poglądy polityczne inne niż moje. Zdaje się, bo czasy mamy takie, że lepiej nie deklarować się politycznie, zwłaszcza, gdy ma się coś do załatwienia. Rozmawialiśmy jednak o sytuacji politycznej i byliśmy bardzo zgodni. Zdaje się, że obydwoje jesteśmy w tych sporach blisko środka, a poza tym oboje całe zło upatrujemy w grach politycznych - nawet jeśli inaczej rozkładamy akcenty. I oboje jednakowo widzimy dalszy rozwój sytuacji. Stanie się coś złego. Coś bardzo złego. Stracimy wszyscy, a najgorsze, że pewnie i tak się niczego nie nauczymy.
Przyznam, że czuję się szalenie bezsilna. Widzę, że źle się dzieje i nie wiem, co robić. A kto wie, czy sama nie dokładam swoich kamyczków.



środa, 2 listopada 2016

To jest chore!

Myślę, że mamy szansę stać się pierwszym państwem na świecie, w którym premiowane będzie urodzenie nieuleczalnie chorego dziecka. Premiowane sumą 4000 zł. Chyba od dziecka. Na pewno żywego. A co z martwymi? Też za 4000 zł?
Czy już osiągnęliśmy odpowiedni stopień barbarzyństwa, czy może jeszcze czeka nas coś więcej?
U mnie to było tak: najpierw się dziwiłam, potem nie wierzyłam, w dalszej kolejności uważałam, że Polskę toczy choroba, a teraz po prostu się brzydzę. Brzydzę się pewnymi ludźmi. Tymi którzy są w stanie wymyślić coś takiego jak płacenie po 4000 zł za rodzenie chorych dzieci. Nie, nie dlatego, że chciałabym masowo te dzieci uśmiercać. Choć pewnie te zdegenerowane umysły tak to widzą. Moim zdaniem dla jako tako zdrowego człowieka sprawa jest dość prosta. Możemy uważać aborcję za morderstwo, możemy twierdzić, że to jedynie usunięcie płodu. W każdej sytuacji jako tako zdrowy człowiek uważa, że jeśli na świat przyszedł człowiek nieuleczalnie chory, ułomny, niezdolny do życia to należy go otoczyć jak najlepszą opieką i taką samą opieką należy otoczyć rodziców. Bo to tragedia i należy ludziom pomóc jakoś przejść przez nią. I tyle. Ale płacić extra premię? Za co? I kto i jak oceni, czy ktoś jest nieuleczalnie chory, czy nie? Dziecko bez mózgu, czyli to które nakazał rodzić prof. Chazan, z pewnością jest nieuleczalnie chore, ale jak oceniać nieuleczalność innych?
I pomyśleć, że to wszystko służy ponoć temu, by w Polsce nie dokonywano aborcji a konkretnie po to, by poprzepychać ustawy, które pozwolą całkowicie zakazać aborcji bez jakichkolwiek protestów. Wiemy oczywiście wszyscy, że na liczbę aborcji to w ogóle nie wpłynie, bo nadal działać będzie podziemie, a poza tym sąsiedzi już Polki zapraszają i oferują dość tanie usługi i to w języku polskim. Czyli nie o aborcje chodzi, a więc o co?
Jedna odpowiedź nasuwa się sama - znów mydlą nam oczy, żeby odwrócić od czegoś uwagę. Obawiam się jednak, że chodzi o coś zupełnie innego. Ktoś coś obiecał Kościołowi, nie przewidział jednak, że z babami tak łatwo się nie wygrywa. No to zaczęli myśleć jak z tego wyjść, a że głowy takie mniej od myślenia, no to mamy to co mamy.
Nie mam pojęcia, do czego to wszystko zmierza, ale powiem szczerze, że nie zazdroszczę gówniarzom tych pięciu stówek, które na nich dostają starzy. To dzisiejsze niemowlęta zapłacą bardzo słono za ten syf. Bo jednego jestem pewna - za darmo to wszystko się nie dzieje 

Przebój na dziś. Chyba dobrze oddaje stan mojego umysłu.


P.S. Prosiliście, więc coś skrobnęłam na "Tęczy..." Adres: http://ilenka50.blogspot.com/

poniedziałek, 31 października 2016

Jak im się udaje tak prać mózgi?

Mojej mamie zawdzięczam jedną z pierwszych ważnych lekcji życia. Odkąd byłam dzieckiem powtarzała, że kobieta musi być niezależna, bo miłość miłością, ale zawsze najlepiej liczyć na siebie. Przyznam, że całkiem nieźle wyszłam na tych naukach.
Moja mama robiła wszystko, bym ja mogła zdobyć takie wykształcenie, jakie tylko mi do głowy przyszło. I choć szybko wyszłam za mąż, to matka wkładała mi do głowy, że nie mogę zawalić studiów.
Gdy byłam nastolatką, w moim domu temat skrobanek traktowany był dość lekko i naturalnie. Słyszałam wiele rozmów prowadzonych przez mamę na ten temat, bo ta albo tamta koleżanka zaliczyła taką przygodę. Mówiło się o tym jak o wielu innych rzeczach, które się po prostu wydarzały. 
Jakiś czas temu Polska aborcyjnie odleciała. Moja mama z lekkim niesmakiem patrzyła na moherowe babcie, które laskami wymachiwały antyaborcyjnie. - Niech młodzi się wypowiadają, a nie takie stare baby jak ja - mówiła mama.
Ten przydługi wstęp wynika stąd, że byłam niedawno u rodziców, wywiązała się jakaś dyskusja na temat "czarnego protestu" i wtedy moja mama wygłosiła: - A może by zacząć nazywać rzecz po imieniu? - Czyli jak? - zaciekawiłam się. - Przestać mówić o aborcji a zacząć o morderstwie? - ciągnęła. - A może by jednak trzymać prawdziwsze prawdy i zamiast o aborcji zacząć mówić o wyskrobaniu płodu? - odpowiedziałam, bo mnie wkurzyła.
Moja mama ma 83 lata, a ja od dłuższego czasu obserwuję zmiany, które zachodzą w jej głowie. Poza pieprzeniem takich głupot zmiany są mało groźne, bo mama jest bardzo przeciwna PiS, więc raczej głupoty żadnej przy wyborach nie popełni (ostatnio głosowała na Nowoczesną). Faktem jednak jest, że stała się szalenie podatna na sugestie, a że jej życie towarzyskie od dość dawno skupia się wokół miejscowego kościoła, do którego latają jej koleżanki, to takie są tego skutki. 
Ta rozmowa uświadomiła mi coś jednak. W każdą niedzielę w setkach kościołów Polsce dokonuje się regularne pranie mózgów. Najlepiej pierze się podatne stare mózgi, ale i te młode można odpowiednio zmienić. I to jest po prostu przerażające. 
Jestem z wykształcenia geografem, zaliczyłam sporą dawkę wiedzy o Ziemi. Przysięgam, że w środku naszej planety nie ma żadnego piekła. A astronauci podróżujący po wszechświecie wypatrywali ufoludków, a nie aniołów. Zdaje się, ufoludków nie spotkali. Aniołów nie spotkali na pewno. Zaręczam, że świat powstawał dłużej niż przez sześć dni. Są dowody na to, że nie było żadnego raju, a w nim Adama i że to nie z żebra tego faceta Bóg zrobił Ewę. Mogę wymieniać tak długo. Wystarczająco długo, by dowieść, że Biblia jest lekturą mającą mniej więcej tyle wspólnego z rzeczywistością co "Mitologia" Parandowskiego. Nie mam jednak pojęcia, czy Bóg istnieje, czy nie, ja osobiście chcę wierzyć, że jest jakaś siła wyższa i że nasze życie ma sens większy niż użyźnianie ziemi. Jednak ta siła wyższa nie ma nic wspólnego z mitami takimi czy innymi. W tę samą siłę wierzą chrześcijanie i muzułmanie. A że chrześcijanie i muzułmanie różnią się? Kto wie, czy nie różnią się mniej niż katolicy między sobą. Polecam wszystkim na dowód film "Madeinusa".
Mamy XXI wiek, wiemy bardzo wiele o świecie i w wiele mitów nie wierzymy. A jednak pozwalamy, by manipulowali nami ludzi, którzy nadal wpierają nam, że mity to prawda i że pochodzimy od Adama i Ewy. 
No cóż, mój głos w najbliższych wyborach dostanie ta partia, która będzie chciała opodatkować polskich wiernych. Ja innego wyjścia z tej paranoi nie widzę.
W piątek byłam na koncercie Kultu, więc ilustracja muzyczna taka a nie inna:



poniedziałek, 24 października 2016

Bardzo głośne owieczki

Tytułem wstępu: Natalia Przybysz udzieliła wywiadu, w którym wyznała, że dokonała na Słowacji aborcji. Miała już dwójkę dzieci i uznała, że to dość, zwłaszcza, że ma tylko 60-metrowe mieszkanie.
Nie wiem jak Wy, ale ja znam kilka kobiet, które usunęły ciążę. Wszystkie, które ja znam, zrobiły to dlatego, że zaszły w ciążę. To tak naprawdę był jedyny powód. Część być może już się nawet do tego nie przyznaje, bo wymsknęło im się to w chwili słabości. Ja fanką aborcji nie jestem, ale żadnej z tych kobiet nie uważam za morderczynię. Ja ich nawet nie oceniam. Zrobiły, co uważały za słuszne i tyle. Nie mnie wypowiadać się na ten temat. Natalia Przybysz zdobyła jednak moją sympatię odwagą. Przyznała się publicznie do czegoś do czego nie przyznaje się pewnie parę milionów kobiet, jeśli potraktujemy rzecz pokoleniowo. Ile trzeba odwagi, żeby powiedzieć publicznie w oszalałym religijnie kraju, że usunęło się ciążę, że nie ma się wyrzutów sumienia, że zrobiło się to głównie ze względu na swoje samopoczucie?
Podlinkowałam wywiad i wrzuciłam na FB z komentarzem doceniającym odwagę. Parę osób zalajkowało. Jakież było moje zdziwienie, gdy skomentowała mi to koleżanka, która niczego mojego nie komentuje i niczego nie lajkuje. Skomentowała potępiająco. I OK, ma prawo, ale...
I dopiero w tym miejscu zaczyna się właściwy wpis. Wcześniej jednak posłużę się klasykiem:
  – Kto z was, mając sto owiec, nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu i nie szuka jednej, zaginionej na pustkowiu, tak długo, aż ją znajdzie? A znalazłszy, kładzie ją na swoje ramiona i z radością wraca do domu! Zaprasza wtedy przyjaciół oraz sąsiadów i mówi: „Cieszcie się razem ze mną! Znalazłem zgubioną owcę!”. Zapewniam was, że w niebie jest większa radość z jednego zagubionego grzesznika, który się opamięta i wróci do Boga, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu prawych, którzy nie zbłądzili!
Pomijam oczywiście morał wynikający z tej przypowieści, że lepiej grzeszyć za młodu niż nie grzeszyć. Bo tych niegrzeszących tam w górze mają głęboko... Mam jednak pewne pytanie. 

Czemu te odnalezione owieczki beczą głośniej od pozostałych? Mało im, że tyłki przewiozły na plecach pasterza?

Otóż rok temu owa komentująca koleżanka się rozwodziła. Rok temu wyżalała się, jakiego ma okropnego męża, jak to on ją niszczy, jak to pogodzenie się z tym bucem jest niemożliwe, a ona jest na skraju wyczerpania nerwowego. Moja zdegenerowana natura podszepnęła, żeby poradzić jej jakiś romans. Jeśli z małżeństwa już nic nie będzie, to niech dziewczyna się pocieszy. Usłyszałam, że ona się pociesza od dawna, a z tego pocieszania są problemy, bo mąż dorwał się do SMS-ów. Pół roku temu jednak się pogodzili, a obecnie spijają sobie z dzióbków. Przez rok ona się nawróciła.
Nie przyp...łam jej kamieniem, gdy dowiedziałam się o jej zdradach, bo czy ja jestem bez winy?

Jerzy Zelnik, człowiek, z którego lica bije świętość i tylko świętość, w młodości bzykał mężatkę, namówił swoją dziewczynę do aborcji, a na dodatek jeszcze donosił na kolegów.
Zagotowało mnie, gdy czytałam o jego burzliwej młodości, ale kamieniem nie rzuciłam. Bo czy ja nie mam tego i owego za uszami?

Bogdan Chazan, piewca życia, ma na swoim koncie sporo aborcji. Dziś nawrócił się i uważa, że kobieta musi rodzić. Dziecko gwałciciela, dziecko bez mózgu... W niego akurat nie rzuciłam kamieniem, bo nie przechodził obok mnie wystarczającej odległości.

Tak więc parę razy mogłam rzucić kamieniem i nie rzuciłam. I co się stało? Ci których oszczędziłam dorwali się do kamieni walą nimi jak oszaleli:((((

Kamieniami walą również i owieczki wciąż błąkające się. Karolina Korwin-Piotrowska tak skomentowała wywiad:
To mogła być świetna rozmowa. Mocna i mądra, ale jej efekt jest argumentem dla tych, którzy uważają, że  kobiety traktują aborcję jako fanaberię i środek antykoncepcyjny oraz robią ją z czystego egoizmu. Bo tak jest w opisywanym przypadku. […] Chciałoby się powiedzieć, że od takich sytuacji jest edukacja seksualna oraz antykoncepcja. Obawiam się, że tutaj chyba jej nie było.

To chyba tyle w temacie jakichkolwiek protestów. Czarnych, szarych, białych, różowych. Jeśli kobiety chcą coś osiągnąć w swojej sprawie, to powinny trzymać się razem. Ale po co, skoro fajniej jest pomądrzyć się, pokazać swoja wyższość. Tak, zabrakło antykoncepcji. A może była i nie zadziałała? Bo nie ma 100-procentowej antykoncepcji. Nie mam pojęcia jak było. Wiem za to, że na Słowacji można usunąć ciążę, a w Polsce nie. Wiem, że jakaś kobieta wystawiła się na kamieniowanie. Inne kobiety powinny stanąć przy niej murem i ją osłonić. A spora część tych innych rozgląda się za kamieniami. 


wtorek, 18 października 2016

Ech, Koperniku...

Pieniądz gorszy wypiera lepszy.
Jeśli przyjmiemy prawo Kopernika jako pewnik, to nie sposób nie zadać sobie pytania: jak głęboko znajduje się dno, do którego w takim mozole się dokopujemy?
Ja na własne potrzeby jako dzień graniczny przyjmuję ten, w którym pani poseł Krystyna Pawłowicz wniosła na salę sejmową plastikowy pojemnik z sałatką.




Nie upieram się jednak i być może ktoś z Was granicę zechce ustawić w innym miejscu czasoprzestrzeni. Dla mnie tamta sytuacja jest symboliczna. Otóż chamstwo zostało wpuszczone do Sejmu. I nie tylko do Sejmu. Chamstwu otwarto szeroko drzwi, by mogło zacząć hasać po pięknej naszej Polsce całej.
Minęły dwa lata i w telewizji publicznej kobietę porównuje się do krowy. W "Rzeczpospolitej", gazecie ogólnopolskiej, mieniącej się gazetą poważną, ukazuje się felieton, w którym dziennikarz zajmujący w owym piśmie stanowisko kierownicze tak pisze o spotkaniu z policjantkami:- Te mięśnie i opalone ciało to najpewniej efekt niedawnej kajakowej wyprawy. W radiowozie dwie kolejne paniusie z tym samym stylu, tyle że blondie - błyszcząca pomadka na ustach, wypielęgnowane dłonie, nieskrywany seksapil. I jeszcze te mundury - nie należę do klanu s/m, ale domyślam się, że są mężczyźni, których podnieca taka panna w granatowym uniformie, ze skórzanym biczem albo bloczkiem mandatowym. Rafał Ziemkiewicz pisze zaś w necie: Właśnie widziałem w tv p. Annę Dryjańską. Ty wyjątkowa czelność że pyskuje pod domem Jaro, sama jest zdeformowana a jednak ją mama urodziła. 
Wiceminister obrony narodowej wytyka Francuzom, że to my Polacy uczyliśmy ich jeść widelcami. Zaś jego pryncypał ucieka ze spotkania ministrów obrony UE zabierając przedtem tabliczkę z napisem "Poland".
Ani nie mam czasu, ani miejsca, żeby wymieniać wszystko, co się ostatnio wydarzyło. Prawda jest taka, że wydarza się tyle, że na część tych wydarzeń już się uodporniliśmy. Mało tego! Dostosowaliśmy się! Gdy czytam na FB niektóre wpisy moich znajomych, to nie mam wątpliwości, że pani poseł Krystyna Pawłowicz by się ich nie powstydziła.
W całej tej sprawie pociesz mnie jedno. Otóż prawo Kopernika nie zawsze działało. Nie wiem, czy pamiętacie pierwsze wypożyczalnie wideo? Marna akcja, komedie klasy D i pornosy. Gdy Gutek wydawał swoje pierwsze filmy, przyjmowano to z niedowierzaniem. Minęło trochę czasu i jednak poziom się podniósł. Czyli można... Nie jestem tylko pewna, czy to "można" nie dotyczy tego, że można się pocieszać.

Jesień w pełni, należą nam się rytmy rozgrzewające.
Przed państwem Pablopavo i Ludziki:


czwartek, 13 października 2016

Yes! Yes! Yes!

Akademio Szwedzka, padam do nóg!
Akademio Szwedzka, kocham Cię!
Akademio Szwedzka, masz jaja!


Literacki Nobel dla Boba Dylana.
Za tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni.
Wreszcie ktoś, kogo znamy, kogo kochamy, kto nas uczył, kto nas wzruszał, kto nas złościł, kto nas bawił, kto nas...
Dziękuję Akademii Szwedzkiej nie tylko za to, że wyróżniła twórcę, którego wielbię od lat. Dziękuję Akademii Szwedzkiej za odwagę w łamaniu stereotypów. Za to, że dziś pokazała nam, czym jest prawdziwa sztuka: drażnieniem, wytyczaniem nowych szlaków, pobudzaniem do dyskusji.