piątek, 16 grudnia 2016

Idzie burza

Zaczynamy muzycznie:


Nie ma siły, to wszystko pierdolnie jak amen w pacierzu. Nie mam bladego pojęcia, jak my się pozbieramy, gdy już się wszystko uspokoi. I czy w ogóle się pozbieramy.
Co do aktualności, to podobno dziś jest protest mediów, który polega na tym, że media nie pokazują polityków. Zdaje się, że politykom udało się do mediów dostać od tyłu, bo sporo ich widzę i w telewizorze, i w komputerze...

środa, 14 grudnia 2016

Wesołych Świąt, dobrzy chrześcijanie!

Dopiero co dyskutowaliśmy o rzezi wołyńskiej. Brutalność niektórych scen w filmie "Wołyń" porażała. A przecież była to tylko część prawdy.
Każdego roku obchodzimy dzień wybuchu powstania warszawskiego. Ludzie wspominali, że w czasie rzezi Woli, kiedy jednego dnia zamordowano wiele tysięcy ludzi, krew płynęła ulicami. - Ci Azjaci w mundurach niemieckich, to byli ludzie zdeprawowani doszczętnie. Zabijali kobiety, dzieci, starców, strzelali, rabowali - wspominał to jeden z powstańców.
Dziś rzeź dokonuje się w Aleppo. Strzela się do każdego, do kobiet, do dzieci. - Tam człowieczeństwo przestało istnieć - powiedział przedstawiciel ONZ.
Moja chata skraja? Polska nie przyjęła ani jednego uchodźcy. Ani jednego. Nie wiem jak ludzie, którzy o tym decydowali, będą mogli usiąść do wigilijnego stołu z czystymi sumieniami. Komu wystarczy tupetu, by postawić na stole puste nakrycie dla zbłąkanego wędrowca?
To co się dzieje w Aleppo to tak naprawdę zbrodnia, której dokonuje cały świat. I tylko szkoda, że cierpią głównie ci którzy nic do spraw świata nie mają, którzy po prostu chcieliby żyć. To naprawdę aż tak wiele?



wtorek, 13 grudnia 2016

13 grudnia

10 grudnia 1981 r, czwartek.
Zakończyliśmy strajk studencki. A raczej zawiesiliśmy. Bo nas o to poprosił rektor Samsonowicz, nasz rektor. Do dziś się zastanawiam, czy coś wiedział, przypuszczał? 
13 grudnia 1981 r., niedziela
Spałam, gdy mama wróciła z kościoła. Była zapłakana i twierdziła, że mamy wojnę. Chyba nawet się nie zdziwiłam. Potem z telewizji dowiedziałam się, o co chodzi. Stan wojenny. Tego akurat wszyscy się spodziewaliśmy. Tyle że nie wojennego a wyjątkowego.
14 grudnia 1981 r. poniedziałek
Spotkałam się z Tomkiem, który wybierał się do Warszawy. Poprosiłam go, żeby podjechał pod Uniwersytet i zostawił tam wiadomość dla mojego chłopaka. Bałam się o niego, bo był przewodniczącym wydziałowego komitetu strajkowego, a nie wiedziałam jak głęboko sięgali przy internowaniu. Okazało się, że nie aż tak głęboko.
15 grudnia 1981 r, wtorek
Spotkałam się z Jackiem...
13 grudnia 2016 r.
Pamiętam bardzo wiele z tamtych dni. Nie pamiętam jednego. I choćbym nie wiem jak wytężała pamięć nie mogę sobie przypomnieć. Skąd my wiedzieliśmy? O internowanych? O tym jak się ze sobą kontaktować? W ogóle o tym, co się dzieje?
Może pomagało, że byliśmy  wszyscy razem? Naprawdę wszyscy. Jedni się się wtedy bali, inni coś robili, ale stanowiliśmy jedność. Ot choćby te życzenia świąteczne. Spokojnych świąt. Każdy każdemu to mówił i wszystko było jasne. Nikt nie poprzedzał tych życzeń słowami: nie wiem, jakie są twoje przekonania polityczne, ale chcę ci życzyć... Przekonania mieliśmy podobne, nawet jeśli się bardzo różniliśmy.
Czytam dziś czasami wspomnienia dzieci z tamtego okresu o pełnych nienawiści żołnierzach, którzy byli wszędzie, legitymowali, straszyli... Tych żołnierzy też nie pamiętam. Pamiętam zmarzniętych i przestraszonych chłopców w moim wieku. Nie czuliśmy do nich nienawiści. Nie wiem jak było w Polsce, ale w Warszawie podziemie apelowało, żeby pomagać tym chłopakom, dawać im ciepłe napoje, bo oni byli ofiarami tak jak my wszyscy. To nie byli najemnicy, to dzieciaki, które w sporej części przetrzymano dłużej w wojsku, wtedy obowiązkowym. Wtedy wrogiem było ZOMO, była milicja.
Dziś w rocznicę stanu wojennego ma być w Warszawie kilka demonstracji. KOD demonstruje, PiS demonstruje. Obawiam się, że może być gorąco. A ja mam grypę i L-4. Idą za mnie moje koleżanki.



piątek, 9 grudnia 2016

Zadowolone z siebie niedorajdy

Słucham właśnie powieści "Cudze dziecko". Nie chcę jej oceniać, bo zdecydowanie za wcześnie. Jednak ta powieść już wywołała u mnie pewną refleksję.
W skrócie: Kobieta i mężczyzna zostają uwięzieni we własnym domu, a ich dziecko porwano. Zabrano im telefony. Kobieta przypomina sobie jednak, że ma gdzieś wepchnięty zapomniany telefon na kartę. Znajduje go, przypomina sobie numer znajomego sprzed lat, który może pomóc, i dzwoni do niego...
Wracamy do rzeczywistości. Kto z Was w takiej sytuacji byłby w stanie zadzwonić do kogokolwiek znajomego? Ja znam tylko jeden numer - alarmowy! I tyle! Ponieważ moja praca wymaga ode mnie znajomości numerów do różnych osób, mam więc notes z telefonami - na wszelki wypadek muszę mieć kopię na papierze. Mam tam jednak głównie kontakty zawodowe.
Prawdę mówiąc, gdybym znalazła się w sytuacji takiej jak bohaterowie wspomnianej powieści, byłabym bezradna. Myślę, że nie tylko ja. Myślę też, że chyba nasze wygodnictwo nieco za bardzo uzależniło nas od maszyn.
Pamiętam inną powieść - amerykańską, co jest istotne w tej sprawie - w której bohaterka znalazła się w wiejskiej chacie i omal nie umarła z głodu, bo nie było tam elektrycznego otwieracza do puszek. Ufff! Puszkom potrafię dać radę, ale obawiam się, że młodsze pokolenie już tak sprytne nie jest, bo kto w ciągu ostatnich kilku lat, w ogóle korzystał z otwieracza? Jakiegokolwiek! Puszki dziś otwiera się pociągając za dzyndzelek.
Coraz więcej osób traci zdolność pisania ręcznego. Długopisy i ołówki służą do składania podpisów. Czyli własne nazwisko (najczęściej nabazgrane a nie napisane) jest jedynym słowem przez nas pisanym. 
O liczeniu nawet nie chce mi się wspominać, bo w kraju, którego obywatele w porażającym procencie są dumni z tego, że nigdy nie mieli głów do matematyki, liczenie nigdy nie było w modzie. Myślę, że już w latach 80. zdaliśmy się w tej sprawie na kalkulatory, uznając, że ekspedientkom za to płacą, to niech ekspedientki liczą. Dziś już i ekspedientki nie muszą umieć liczyć, bo kasy liczą za nie.
Posiadacze co lepszych samochodów już nie muszą umieć parkować, bo samochody parkują się same. Map czytać nie musimy, bo GPS... 
Te wszystkie ułatwienia są super i sprawiają, że łatwo nam się żyje. Wystarczy jednak bardzo niewiele, żeby okazało się, że jesteśmy największymi niedorajdami w historii świata.

Może dzisiejszy dzień nie jest najfajniejszym dniem roku, może zimno, mokro i byle jako. Jednak ten dzień jest wyjątkowy i należy mu się szczególna oprawa:


wtorek, 6 grudnia 2016

Tylko bez nazwisk!

Dopiero co była uroczystość nadania jednemu z warszawskich skwerów imienia Władysława Bartoszewskiego, a już jakiś wandal zniszczył tablicę z nazwą skweru. Myślę, że nie okażę się jakąś wybitną intuicją, jeśli uznam, że zrobił to człowiek, któremu nie po drodze z powiedzeniem Bartoszewskiego, że warto być przyzwoitym. Mam jednak wrażenie, że tym, co będzie dalej jednak Was zaskoczę.
Otóż jestem przeciw nazywaniu skweru imieniem profesora Bartoszewskiego. Ulicy i placu również. Z tym że nie mam nic do śp. profesora. Zacny był i zasłużony. Ja jednak jestem przeciw nazywaniu ulic czyimkolwiek imieniem. Ludzie! Nie w tym kraju! Część z Was może tego nie rozumie, ale ja jestem z Ursusa i zbyt boleśnie odczułam, z czym to się wiąże.
Najpierw przyłączyli nas do Warszawy i trzeba było zmienić nazwy powtarzające się. Potem był karnawał "Solidarności" i ulice co bardziej zatwardziałych komunistów przemianowano na ulice komunistów umiarkowanych. Potem był rok 1989 i umiarkowani komuniści musieli odejść...
Z życia wzięte: W latach 90. już od dawna nie mieszkałam w Ursusie, ale byłam u rodziców zameldowana. Traf chciał, że miałam coś załatwić w urzędzie gminy. Pojechałam do miejsca, gdzie ten urząd był w czasach mojej młodości i okazało się, że już go tam nie ma. Spojrzałam w kwity i sprawdziłam adres. Gdzie to jest? W rozpaczy dorwałam jakiegoś przechodnia i zapytałam. Ten zaczął tłumaczyć, posługując się niestety nazwami ulic, zamiast pokazać ręką kierunek. On tłumaczył, a mnie oświeciło. - To w dawnym hotelu robotniczym? - zapytałam. Pan potwierdził. Urząd był na tej samej ulicy co moja szkoła - podstawówka i ogólniak.  Dodam, że obecnie orientuję się w Ursusie po charakterystycznych punktach (kościół, szkoła, dawne technikum, staw...), a nazw ulic nie znam!
To jest właśnie efekt nadawania imion ulicom w chorym kraju. I to najwyraźniej chorym nieuleczalnie.
Akacjowa, Cisowa, Spalinowa, Pistacjowa, Żab Rechoczących, Śpiących Kotów, Niebieska, Zielona, Kratkowana, W Kropki, Gąski Balbinki, Bolka i Lolka, Fiata, Syrenki, Karasiowa, Mchem Pokryta, Pokrzywowa, Aptekarska, Garncarska, Kawowa, Herbaciana, Dzienna, Nocna, Księżycowa, Słoneczna, Szemrzącego Potoku, Wiatru w Zaułku, Uczonych, Analfabetów. 
Każda, naprawdę każda nazwa jest dobra, byle tylko nie było to czyjeś imię. Lada moment znów w Warszawie zmienią parę nazw. Ponoć ulica Jana Szymczaka (nie mam pojęcia kim był) zostanie zastąpiona ulicą Tadeusza Łomnickiego, moim zdaniem najgenialniejszego z genialnych aktorów. Kocham Łomnickiego, ale sprzeciwiam się nazwaniu jego imieniem jakiejś ulicy. Minie trochę czasu i jakiś głąb doczyta się, że Łom był w PZPR i znów będzie dym. Nazwijmy tę ulicę ulicą Tadeusza. I tyle bez nazwiska. Proszę! I mogę pokombinować nad nowymi nazwami ulic, jeśli ojcom miasta brakuje pomysłów. 

W kąciku muzycznym o ulicy, która bez względu na nazwę zawsze będzie tą samą ulicą. Naszą ulicą.



poniedziałek, 5 grudnia 2016

Myślenie w zaniku?

Parę lat temu rozbawiła mnie posłanka PiS (nie pamiętam niestety nazwiska), która w jakiejś sejmowej nagonce na Tuska wykrzyczała z mównicy: - A za pana rządów zginęło więcej generałów, niż w czasie II wojny światowej. Strzał był celny. Rzeczywiście był czas, gdy generałów traciliśmy szybciej niż trwa produkcja nowych generalskich wężyków. W politykach też byliśmy nieźli, ale okazuje się, że nie dość. Nadal bowiem wszyscy co ważniejsi w kraju ludzie ładują się do jednego samolotu i nie widzą w tym nic złego. Ja w sumie też nie widzę, ale chyba z innych powodów niż oni...
To jednak była tylko taka mała dygresja uczyniona na marginesie, bo prawdę mówiąc średnio mnie interesuje, czy ten rząd ryzykuje swoim życiem, czy nie. Interesuje mnie co najwyżej kwestia: Czy leci z nami pilot? Skoro nie leci, to pewnie to ryzyko straty wszystkich rządzących nie jest aż tak straszne.


Mnie dziś interesuje coś zupełnie innego. Czy my już zgłupieliśmy dokumentnie, czy może jednak jakaś iskierka inteligencji gdzieś w narodzie się tli?

Kraj się podzielił. Tak, wiem, banał. Jednak efekt tego podziału jest taki, że to co mówią ci po prawej natychmiast jest negowane przez tych po lewej. Tak dla zasady. 

Dygresja, ale na temat: Pamiętam jak lata temu ważną szefową, miałam w zespole parę bardzo młodych ludzi i starego alkoholika. W końcu szlag mnie trafił, wysłałam alkoholika na urlop i zapowiedziałam, że do mnie nie wraca, niech sobie znajdzie inny dział, albo niech idzie w cholerę.  Nie wziął tego serio i zaczęła się zabawa, bo alkoholik był członkiem "Solidarności", która stanęła za nim murem. Przyjaźniłam się wtedy z wiceszefową "S", więc ją wprost zapytałam: - Pogięło was? Przecież wiesz, że on się do roboty nie daje. - Wiem i dlatego byłam zdania, że nie należy go przyjmować do związku, ale skoro już jest, to zasada jest taka, że bronimy każdego członka - odpowiedziała. Facet nie przychodził do pracy, policja go łapała jak siusiał po pijanemu pod firmą, ale związek uważał, że wszystko jest OK.

Wróćmy do podziału kraju. Otóż mam wrażenie, że porobiło się trochę tak jak z tym alkoholikiem. Bronimy naszych, atakujemy tych z drugiej strony. I bez znaczenia jest, kto ma rację. Dopiero, co była afera, że w szkołach przestanie się uczyć o Lechu Wałęsie. Za chwilę okazało się, że nie zacznie się, bo nigdy nie uczono. 
Dziś czytam szokujący artykuł o tym, że zawiadomiono policję, że we wrocławskim budynku TVP czuć narkotyki. Narkotyków jednak nie znaleziono. Skomentowałam, że to żaden nius i dostało mi się po głowie, bo to ważna informacja, bo przecież TVP. 
Kilka dni temu była wielka burza wokół sprawy sędziego Trybunału Konstytucyjnego, który okazał się agentem. Wszyscy z opozycji krzyczeli, że zamknięto usta opozycji i nie pozwolono zadawać pytań. O niebiosa! Ale oczywiście, że opozycja mogła pytać. I pytała. Przez wiele godzin. Problem w tym, że nikt na te pytania nie odpowiedział i pewnie nikt z PiS nawet ich nie słuchał. 
To są niby szczegóły, ale diabeł tkwi w szczegółach. Instynkt stadny zwalnia nas z samodzielnego myślenia. Media włączyły się w grę polityczną i dla wyższych celów manipulują informacjami, nawet tego nie ukrywając. I jak tu żyć, że zacytuję klasyka.

W kąciku muzycznym perełka z lamusa.


niedziela, 4 grudnia 2016

Bohater za 35 zł


Świeża sprawa z Facebooka. Otóż pewien młody człowiek (rocznik 1989), jakiś znajomy moich znajomych, bo inaczej w ogóle o sprawie bym nie wiedziała, poszedł na zakupy do Lidla. Za nim stali do kasy mocno starsi ludzie, którzy nerwowo przeliczali ceny za swoje zakupy, bo nie wiedzieli, czy im wystarczy pieniędzy. Młody człowiek zwrócił się więc do kasjerki, by ich zakupy doliczono do jego rachunku. Jak sam napisał, wyszło tego ok. 35 zł. Państwo ze łzami w oczach mu podziękowali, a on swoje zdjęcie z rachunkiem ze sklepu opublikował na FB i teraz jego znajomi sobie je przekazują z tekstem: Bierzcie z niego przykład.
Zalajkowało mu to już 3,4 tys osób, udostępniło zaś 434. Czyli internauci są pod wrażeniem tego uczynku. 
Od razu nadmieniam, że nie dałam lajka i nie puściłam tego budującego niusa dalej. Skomentowałam go za to u znajomej, która była pod wrażeniem altruisty i oberwało mi się jako typowej Polce, która wszystko musi negować.
Tak się jakoś dzieje, że co roku w grudniu ludzie nagle robią się szczodrzy i dobrzy dla innych. Młody człowiek jest w stanie poświęcić 35 zł, czyli równowartość biletu do kina, na pomoc innym ludziom. I tak rośnie w swoich oczach, że musi o tym poinformować cały świat. Dał 35 zł! I pewnie ta jego wielkość przysłoniła tym kilku tysiącom lajkującym, co się naprawdę wydarzyło. A tak naprawdę jakiś bezmyślny gówniarz paroma groszami być może upokorzył dwójkę ludzi. 
Wśród moich czytelników jest sporo emerytów. Kochani wyobraźcie sobie, że stoicie przy kasie i zastanawiacie się, czy nie przyszaleliście z zakupami, gdy jakiś młody człowiek mówi do kasjerki, że skoro was na te zakupy nie stać, to on zapłaci. Fajnie byście się poczuli? Ja bym spaliła się ze wstydu. Moja matka pewnie by się popłakała, a mój ojciec, by go pogonił.
Jest kilka metod załatwienia tej sprawy kulturalnie, ale żadnej młody człowiek nie wybrał, bo tu nie chodziło o pomoc komuś, tylko o to, że to ON pomaga. Mógł powiedzieć, że przegrał zakład i zobowiązał się, że zapłaci rachunek za następną osobę. Mógł powiedzieć, że wygrał na loterii i chce komuś zrobić prezent. Mógł... Wiele mógł, ale po co? Nie czułby się bohaterem.
Grudzień to specyficzny miesiąc. Robimy znacznie więcej zakupów niż powinniśmy. Nagle przypominamy sobie o biednych i spieszymy z pomocą. Paczka makaronu kupiona w hipermarkecie i wrzucona do kosza ze zbiórką dla biednych, a potem parę groszy dla WOŚP sprawiają, ze przez cały rok możemy czuć się zaspokojeni w swojej działalności charytatywnej. 


BRAWO MY!!!

Nie wiem, czy będę się wypowiadać w imieniu wszystkich starszych ludzi, ale podejrzewam, że zdecydowana większość z nich od zafundowanych zakupów wolałaby jeśli przychodzi Wam coś jeszcze, to piszcie, może stworzymy listę prezentów, które emerycie chcieliby dostać od Mikołaja):
- żeby ktoś pomógł im zanieść do domu zakupy,
- żeby ktoś z nim pogadał, nawet, gdy nudzą,
- żeby zawsze mieli miejsce siedzące w autobusie,
- żeby zimą ktoś im pomógł przejść przez śliski kawałek chodnika...
I jakie fajne selfie można sobie przy okazji zrobić! Sorry, nie mogłam się powstrzymać:)))

A na koniec naprawdę fajna świąteczna historyjka. Od lat John Lewis tworzy świąteczne filmiki i od lat czekam na nie jak na pierwszą gwiazdkę. Oto historyjka tegoroczna. Jak zwykle cudna.