W
zeszłym tygodniu przeczytałam wywiad z posłem Tomaszem Cimoszewiczem.
Nawet ciekawy, choć jednak o wiele bardziej w ostatnim czasie podobał mi
się wywiad z byłym posłem Waldemarem Pawlakiem. Oba czytałam na
gazeta.pl. I dziś tak naprawdę chciałam tylko o jednym zdaniu z tego
wywiadu. - Na wszystko w moim życiu zapracowałem sam. Ceną było życie z
dala od ojczyzny - powiedział poseł Tomasz Cimoszewicz. A mnie łza w oku
się pojawiła, gdy pomyślałam o ciężkim życiu dziecka wpływowego
polskiego polityka. Poseł
Tomasz Cimoszewicz nie jest ani pierwszy, ani ostatni, któremu zamożni,
wykształceni i znani rodzice w życiu nie pomogli. A nawet byli
przeszkodą, bo musieli zmagać się z piętnem nazwiska. Wiele
lat temu w prasie kolorowej zwierzała się aktorka Weronika Rosati,
która do wszystkiego doszła sama. A przez rodziców miała tylko kłopoty.
Na przykład, o ile dobrze pamiętam, nabawiła się wrzodów żołądka, gdyż
była zmuszona jako dziecko uczyć się w szwajcarskiej szkole, a to ją
bardzo stresowało. Jej kariera, jakakolwiek by ona nie była, to tylko
jej zasługa. Zdaje się, że Iza Miko, inna aktorka próbująca robić karierę w Hollywood też od początku mogła liczyć tylko na siebie. A
ja tak się po cichutku zastanawiam, kto im kupił bilet do tej Ameryki?
Kto wcześniej zapłacił za naukę języka i za naukę w ogóle? Kto podsyłał
zaskórniaki, żeby mieli za co żyć zagranicą? Michał
Urbaniak wspominał kiedyś, że lata temu był bodaj jedynym Polakiem USA,
który zamiast wysyłać dolary do Polski, dostawał je właśnie z Polski.
Od matki, która tu ciężko pracowała. Co prawda do biednych nie należała,
bo miała w PRL swój interes (chyba robiła rękawiczki). Z tym że
Urbaniak dorastał w biednej Łodzi. Miał więc z kim porównywać to, co on
dostał z tym, co dostali inni. Jakże dramatyczny sens kryje się w wydawałoby się banalnym powiedzeniu, że syty głodnego nie zrozumie. Są
środowiska, w których pieniądze czy wykształcenie to norma. To
podstawa. To coś o czym nawet nie ma sensu dyskutować. Dzieci, które
dorastają w takich środowiskach, patrzą z góry na innych i lekceważąco
np. mówią, że tym innym nie chciało się w szkole uczyć języka. I do
głowy im nie przychodzi, że ci inni często książek do szkoły nie mieli.
Igrzyska olimpijskie w pełni. Ja kontakt z tą imprezą mam jedynie pośredni i to głównie taki, że czytam o kolejnych skandalach na stronach z niusami z Polski i ze świata. I przyznam, że sporo się pisze. Rosjan na igrzyska nie wpuszczono, bo stosowali doping. Polskich ciężarowców z igrzysk wyrzucono, bo stosowali doping. Jest w tym olbrzymia hipokryzja, bo tak naprawdę Polaków wcale nie wyrzucono za stosowanie dopingu. Wyrzucono, bo się na dopingu dali złapać. Ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby dopingu nie było, trzeba by go było wymyślić. Czy macie pojęcie, jakie gigantyczne straty przyniosłoby gwałtowne zrezygnowanie z dopingu Sądzę, że te straty byłyby większe niż ewentualne zyski z igrzysk. Ktoś środki produkuje, ktoś rozprowadza, ktoś ich ściga. I pewnie dlatego doping jest wciąż nielegalny. Legalizacja również znacznie okroiłaby zyski.
Ja jestem za legalizacją dopingu. Chcą się truć, to niech się trują. Czemu cały świat ma się zrzucać na to, by strzec kogoś, kto strzeżony nie chce być?
Sport już dawno przestał być uczciwy. Jeśli kiedykolwiek był, bo już starożytni podtruwali się, byle tylko wygrać. W piłce nożne planowane faule stają się normalnością. Na igrzyskach jedna pływaczka podtapia drugą. Biegaczki narciarskie wyłaniane są spośród biednych chorych na astmę istot. A szef Europejskiego Komitetu Olimpijskiego handluje na lewo biletami. Pewnie coś tam jeszcze by się znalazło.
Dodajmy do tego jeszcze, że może i sport to zdrowie, ale na pewno nie wyczynowy sport. Wyczynowcy po prostu maltretują swoje organizmy. Nie za darmo. Zwycięstwo to często niewyobrażalna kasa. Kasa, dla której warto zrobić naprawdę wszystko.
Fair play? Podobno wciąż się zdarza. Tak mi tłumaczył niedawno dziennikarz sportowy, z którym rozmawiałam przed Rio. I uwierzyłam mu. Na chwilę. Bo potem zaczęłam czytać te wszystkie niusy.
Czy jednak warto czepiać się sportu? Nie. Moim zdaniem zasady fair play to nie są dziś najwyżej cenione zasady. W zasadzie w żadnej dziedzinie życia.
I coś o sporcie. Może w niezbyt sportowym wykonaniu, ale za to mistrzowskim:
Jestem
całkowicie wolnym duchem i chodzę własnymi ścieżkami. Mam też
patologiczną wręcz skłonność do relatywizowania. No i moim żywiołem jest
chaos. Ponieważ od zawsze miałam wokół siebie duży nieporządek, w
nieporządku świetnie się odnajduję. Powiem tyle, że jestem mistrzynią w
znajdowaniu. Święty Antoni mógłby się ode mnie uczyć! Ten
wycinkowy rys charakterologiczny nie wynika z tego, że postanowiłam
dokonać autoprezentacji. To wstęp do dzisiejszego wpisu. Takie bowiem a
nie inne skłonności sprawiają, że coraz częściej czuję się jak główny
bohater bajki "Marceli Szpak dziwi się światu". Nie
wiem, czy zauważyliście, że od jakiegoś czasu na świecie trwa akcja
porządkowania. Dosłownie wszystkiego. Nie, nie niepokoi to mnie. Ja co
prawda w porządku się gubię, ale szczęśliwie w moim świecie to ja
wyznaczam reguły, więc nadal będzie w nim bałagan. Chętnie jednak
popatrzę na efekty tego globalnego systematyzowania, hierarchizowania,
układania i tępienia dowolności. Co tak naprawdę mam na myśli? W zasadzie chyba wszystko... Za
moich szkolnych czasów (i jako uczennicy, i jako nauczycielki) ocena
ucznia była wypadkową wiedzy ucznia, sposobu prezentacji tej wiedzy, ale
i widzimisię nauczyciela. Miało to dobre i złe strony. Złe są jasne. Ja
dostałam na ustnej maturze z geografii czwórkę, choć odpowiedziałam
bardzo dobrze, ale moja nauczycielka średnio mnie lubiła, bo byłam dla
niej zbyt nieprzewidywalna (to jej oficjalna opinia). W czasie egzaminów
na studia na ustnym z matematyki dostałam 4,5, a nie jestem pewna, czy
choć jedno zadanie doprowadziłam do końca. Dałam jednak występ, który z
pewnością na długo pozostał w pamięci egzaminatora. Obie oceny były więc
mocno subiektywne. Czy jednak dalekie od prawdy? Można je jednak
zaliczyć do wad. Zalety chyba też są oczywiste. Nauczyciel mógł celowo
dawać ocenę na wyrost, by zmotywować słabego ucznia. Może to i
niesprawiedliwe, ale moim zdaniem słuszne. Dziś zmierza się do maksymalnej obiektywizacji ocen. Nie moja bajka. Nie
moją bajką jest również zastępowanie wyrokami sądowymi norm
społecznych. Ot, wspomniane wczoraj karmienie piersią w restauracji.
Normy społeczne zastępują paragrafy. Choć to zjawisko chyba jednak
bardziej mnie bawi niż dziwi, bo jasne jest, że życia nie da się ująć w
kodeksy prawne, nawet najgrubsze. Z uśmiechem więc obserwuję jak każda
głupota zostaje opatrzona jakimś paragrafem, a za chwilę pojawia się
kolejna, której jeszcze w żadnym kodeksie nie zapisano. Jednym
ze zdań, które do dziś we mnie żyje jest tytuł pewnej książki.
"Człowiek istota nieznana". Straszny staroć. Pewnie teraz autor by jej
nie napisał, bo dziś nauka dąży do tego, by człowiek stał się istotą
znaną. I nie chodzi bynajmniej o to, żeby określić jak działa każda
śrubka w naszym organizmie. Chodzi też o usystematyzowanie psyche.
Zakładam, że już niedługo znajdzie się ktoś, kto naukowo określi, co się
dzieje w mojej głowie, gdy popełniam ten wpis. A ktoś drugi opracuje
metodę dzięki której będę mogła popełniać wpisy mądrzejsze. Wystarczy,
że zamiast jabłka zacznę jest śliwki. A analizując moją rodzinę, badając
moją grupę krwi i kolor moczu znajdzie się receptę na to, bym zawsze
miała szczęście w miłości. Nawiasem mówiąc szczęście też już jest
wartością opisaną, zarówno pod względem chemicznym, jak i systemowym.
Każdy ma prawo do szczęścia. Jeszcze nie jest to tak dosłownie zapisane w
aktach prawnych, ale pewnie wkrótce będzie. Jeśli
chodzi o porządkowanie, to śmierć też już jest uporządkowana. Wedle
mojej wiedzy nie da się już umrzeć po prostu lub ze starości. W akcie
zgonu musi być podana przyczyna. Życie nie jest już przyczyną
wystarczającą. Mam zresztą niejasne podejrzenie, że ta przyczyna mocno
miesza ludziom w głowach i niektórym się wydaje, że każdą przyczynę da
się wyeliminować, czyli gdyby lekarze się nieco bardziej przyłożyli, to
już żylibyśmy wiecznie. Skłonność
do porządkowania jest wrogiem dowolności, ale jest też wrogiem
autorytetów. W sądzie salomonowym Salomon był wyrocznią. Jego wyroki
opierały się na jego mądrości, a nie na paragrafach. I sąd do dziś tak
działa, że to jednak sędzia ma decydujący głos, oczywiście w dość
określonych granicach. Te granice wciąż jednak się zacieśniają. Tak
sobie nawet myślę, że wkrótce sprawy sporne może będzie mógł rozwiązywać
komputer. Stworzy się program, zgodnie z którym określi się, czy ktoś
jest zwyrodniałym mordercą czy mordercą zwyczajnym. W szkołach już w to w
pewnym stopniu działa dzięki systemowi testów sprawdzających. Ciekawa
jestem, czy widzimisię ma przed sobą przyszłość. Ciekawa też jestem,
czy gdy już wszystko skatalogujemy, będziemy szczęśliwsi.
Jakiś czas temu jadłam obiad w firmowej stołówce z koleżanka, z którą zwykle jem, a także z dziewczyną, która akurat załatwiła sobie w naszej firmie zastępstwo na kilka dni za kogoś na urlopie. Tę dziewczynę na zastępstwie znam, bo kiedyś razem pracowałyśmy. Od dawna nie ma pracy, ma za to dziecko w szkole. Mąż ma pracę na umowie o dzieło. No i oczywiście spłacają kredyt. Ten obiad jadłyśmy akurat trochę po tym jak zdecydowałam, że pojadę na wakacje do Rumunii i i Bułgarii. To tytułem wstępu.
W czasie tego obiadu moja koleżanka mająca stałą firmę uznała za stosowne zacząć wypytywać mnie o mój wyjazd. OK, odpowiedziałam dość zdawkowo. W tym momencie ona zaczęła opowiadać o swoich wojażach po świecie. - I przyznam, że już strasznie stęskniłam się za Rzymem. Koniecznie muszę tam wyskoczyć, choć na kilka dni - ciągnęła.
Nie wiem, czemu służyła ta idiotyczna przemowa, bo wedle mojej wiedzy była w Rzymie tylko raz i to pewnie przez dzień, góra dwa dni. Za granicę rzeczywiście wyjeżdża, ale będąc w Egipcie nawet piramid nie widziała, bo wybiera warianty jak najbardziej oszczędne. I to akurat rozumiem. Nie rozumiem natomiast jak przy dziewczynie bez pracy można gadać takie głupoty.
Wbrew pozoru wcale nie mam ochoty dyskutować dziś o ludzkiej bezmyślności, o przechwałkach czy o braku empatii i taktu. Ciekawe dla mnie w tym zdarzeniu było to jak bardzo przeplatają się dziś różne światy i jak poważne niesie to konsekwencje. Nie byłabym zdziwiona, gdyba ta bezrobotna dziewczyna była zwolenniczką PiS. Pracowałam z nią jeszcze przed wyborami i wiem, że należała do grupy mocno niezadowolonej z sytuacji w kraju, a może raczej nie tyle z sytuacji w kraju, co ze swojej sytuacji. Brak bezpieczeństwa, brak pieniędzy, brak perspektyw. Pewnie też bym była niezadowolona. A gdybym jeszcze obcowała z idiotkami, które przy mnie przechwalają się swoją światowością, to choćby im na złość wybrałabym PiS.
Ja nigdy nie ukrywałam swoich poglądów politycznych. Są bardzo lewicowe. Staram się więc stawać po stronie (choć raczej mentalnie niż realnie) ludzi, którym się nie wiedzie. Sama zresztą pochodzę z biednej rodziny. Wychowałam się w środowisku robotniczym, w którym matura była osiągnięciem. Żyję na pograniczu dwóch światów, oba są mi równie bliskie co dalekie.
To wszystko powoduje, że bardzo źle znoszę nazywanie wszystkich biednych ludzi, którzy chcieli jakichkolwiek zmian byle tylko coś zmienić, idiotami. Gdy czytam kolejny felieton, w którym jakaś panienka z dobrego domu z dobrą pensją pochyla się z troską nad głuptaskami, którzy dali się nabrać na obietnice wyborcze PiS i która usiłuje ich oświecić, szlag mnie trafia.
Z tym że nic nie mam do dobrych domów, bo z nich wyszło sporo ludzi widzących świat szerzej niż tylko kawałek poza czubkiem własnego nosa.
Przepraszam, ale dopiero w tym miejscu przechodzę do sedna
Świat nie jest czarno-biały. Nikt nie ma monopolu na wiedzę i na rację. Nikt. Tak się jednak dzieje, że w Polsce zdecydowana większość wie lepiej. I nieważne po której stronie jest ta zdecydowana większość. Bo jest po obu stronach. Powoli zbliżamy się do sytuacji, w której konieczne będzie opowiedzenie się po jednej stronie. Na zasadzie, że kto nie z nami, ten przeciw nam.
Nie zgadzam się na to. Mój świat jest szary. Albo jak zdjęcie w sepii.
Mówię więc dość!
Niniejszym ogłaszam ten blog strefą wolną od polityki.Wokół dzieje się bardzo wiele. I choć politycy starają się wszystko inne zagłuszyć, to ja nie zamierzam się ich krzykowi poddawać. Kończę więc z tematyką polityczną. Proszę też czytelników o powstrzymanie się od pisania w komentarzach o politykach czy polityce. I bądźcie wyrozumiali, jeśli na polityczny komentarz na tym blogu nie odpowiem:)))
Zacznijmy od teraz. Z całą pewnością w komentarzach możecie wskazać wiele tematów równie ciekawych, a nawet bardziej ciekawych niż nasze polityczne zadupie. Bo to naprawdę jest obecnie nic nieznaczące zadupie.
Skończyłam
właśnie czytać powieść "Krąg"Dave'a Eggersa. Uprzedzali co prawda, że
po lekturze zechcę zamknąć konto na Facebooku, ale nie do końca
wierzyłam. Hmm... Może jednak je zlikwidować? W zasadzie potrzebuję go
tylko do sprawdzania różnych dupereli potrzebnych w pracy i do spraw
KOD-u, a że KOD ostatnio zaczął mnie męczyć... Pomyślę o tym. Ten
zacieśniający się krąg portali społecznościowych, i to niestety
zacieśniający się na wielu szyjach, to jeden problem. Ta powieść
uzmysłowiła mi jednak też coś innego. To jak groźne są rządy młodych i
niedoświadczonych ludzi, a przecież to młodzi często gęsto dziś nami
rządzą. Bo tak naprawdę prawdziwe rządy to wcale nie te mniej czy
bardziej demokratycznie wybierane. Rządy sprawują ci którzy mają
pieniądze. Facebook, Twitter, Google... Zwłaszcza w czasie globalizacji to są prawdziwi potentaci. Mają pieniądze,
ale przede wszystkim trzymają łapę na informacji, a informacja cenniejsza jest od złota. Takie
firmy tworzą młodzi ludzie, a młodość, zwłaszcza puszczona na żywioł, naprawdę czasami bywa gorsza od
dżumy i cholery. Młodzi
ludzie są pełni energii, zapału, ambicji, do tego mają głowy pełne
pomysłów, są niezwykle elastyczni intelektualnie. Często mają też wiedzę
większą niż starsi koledzy, mam tu na myśli głównie wiedzę na temat
wszystkich szeroko rozumianych środków przekazu. Generalnie w wirtualnym
świecie młodzi poruszają się dużo sprawniej niż starsi, a wirtualny
świat coraz bardziej wypiera realny. Młodzi jednak w porażającej
większości nie mają jednej cechy. Otóż nie potrafią przewidywać skutków
swoich działań. Bo to przychodzi z wiekiem. Trzeba wiele razy dostać od
życia po łapach, trzeba sporo przeżyć, sporo zaobserwować, żeby móc
dostrzec pewne zagrożenia. Przykłady z życia wzięte. Zbigniew
Ziobro miał 35 lat (to niewiele jak na ministra), gdy rozpoczął walkę z
łapówkarstwem wśród lekarzy. Walkę ze wszech miar słuszną. Zrobił
wielką aferę z doktorem G. W efekcie parę osób na pewno straciło życie,
bo polska transplantologia natychmiast siadła i trzeba było lat, żeby
odrobić straty. Zbigniew Ziobro podszedł do problemu w sposób
młodzieńczy, czyli rzucił się z zapałem na głęboką wodę. Dziś
PiS rządzi. Tak naprawdę spodziewane negatywne skutki tego rządzenia
mogą odczuć ludzie, którzy dziś są młodzi. A jednak manifestują głównie
starzy. Dzieje się tak też dlatego, że młodym brakuje doświadczenia
politycznego. Nie przeżyli PRL, więc nie wiedzą, że to wszystko już było
i że nie doprowadziło do niczego dobrego. Starzy, nawet średnio lotni,
tym górują nad największymi młodymi bystrzakami, że po prostu wiedzą coś
z własnego doświadczenia. To oczywiście olbrzymie uproszczenie problemu
olewania przez młodych polityki, wiem o tym, więc nie ma potrzeby by
mnie uświadamiać, że są i inne powody. Koniec przykładów Te przykłady są z polskiego podwórka, zamieściłam je bez namysłu, zakładając, że dobre, bo bliskie. Pierwiastek młodzieńczy się we mnie odezwał, gdyż nie pomyślałam o tym jak to zostanie odebrane. Otóż tak naprawdę problemy na naszym podwórku są wręcz porażająco nieważne wobec tego, co się dzieje na świecie. A dzieją się naprawdę wielkie rzeczy. W
świecie, w którym panuje kult młodości, w którym zdarza się, że ten i
inny nastolatek tworzy coś, co czyni go milionerem, tak naprawdę strach
się bać. W dobrej wierze dzieciaki są stanie zniszczyć wszystko.
Pamiętam jak w latach 80. 0bawiano się tego, że na czele mocarstw stało
wtedy dwóch starców. Mówiono, że choćby po złości któryś może nacisnąć
ten magiczny guzik, który zamknie rozdział pt. Ziemia. Ja tak sobie
myślę, że znacznie gorsza może być dyktatura młodych. A ta naprawdę nam
grozi. Bo prawda jest taka, że gdyby młodym się chciało, to już by
rządzili światem. I
na koniec chciałam zaznaczyć, że to nie jest tak, że gloryfikuję
starość. Nie. Starość jest nudna. Bez młodzieńczego zapału i kreatywności świat stałby w
miejscu. Potrzebna jest jednak równowaga między młodym a starym. A tej
dramatycznie zaczyna nam brakować.
Zmiana nastroju. Mamy lato, a więc coś letnio-wspominkowego:
Papież
wyjechał z Polski, a Polacy usiłują jakoś poukładać sobie w głowach
jego wizytę. I zauważyłam pewną zależność. Otóż zdecydowana większość
chce tak naprawdę poukładać ją w głowach innych, co jest zapewne
łatwiejsze i milsze. "Najbardziej
jednak mnie interesuje, co czuli naprawdę wierzący katolicy, księża i
biskupi, gdy zobaczyli przepaść dzielącą chrześcijańskie przesłanie
papieża od codzienności nominalnie najbardziej katolickiego kraju w
Europie. Ilu polskich katolików posłucha Franciszka i założy robocze
buty pielgrzymów, by ochrzcić swój kraj i Kościół, a ilu będzie dalej
drzemało na wygodnych kanapach?" - to fragment felietonu Jacka
Żakowskiego. Nie on jeden wyraża takie nadzieje. W wielu komentarzach czytam podobne teksty. I się dziwię. Oj, jak ja się dziwię. Rok
1979. Krakowskie Przedmieście, okolice Kościoła św. Anny. Papież Jan
Paweł II odprawia mszę dla młodzieży. W trakcie mszy mówi, żeby nie
klaskać, bo to nie wiec partyjny (może do czego innego przyrównał, moja
pamięć już nie ta). Jaka jest reakcja tłumu na te słowa? Ludzie klaszczą
głośniej niż klaskali. - Nie chodziło o to, żeby nie klaskać? - pytam
kolegę, z którym pojechałam na tę mszę. On tylko wzruszył ramionami i
dalej biło brawa. To
zdarzenie traktuję jako symboliczne. Tak bowiem ludzie słuchali Jana
Pawła II, czyli papieża, który do dziś jest uznawany przez część
polskich katolików za oficjalnie urzędującego papieża. A jego nauki? Bez
jaj! Kogo to obchodzi! O ile się nie mylę polski KK jedyne, co
dostrzegł w naukach Jana Pawła II to że antykoncepcja jest be, że
aborcja to grzech. I starczy. Zresztą
co ja tu o Janie Pawle II. Tak naprawdę nauk Jezusa Chrystusa,
zapisanych w Nowym Testamencie, też się nie słucha. Który z polskich
polityków kieruje się tym, co głosił Jezus w kazaniach na górze? Niech
mi więc ktoś wytłumaczy, skąd przeświadczenie, że ktokolwiek w Polsce
nagle weźmie sobie do serca nauki Franciszka? Słowo "nagle" jest
kluczowe. Zakładam bowiem, że jest kilku katolików, którzy już dawno
starają się obecnego papieża naśladować, którzy zgadzają się z nim.
Kilku! W większości polscy katolicy wiedzą swoje i nikt im tego nie
odbierze. Papież jest dla nich autorytetem w kwestiach wiary, a więc tak
naprawdę zgadzają się w jednym - Bóg istnieje. Reszta jest już sprawą
dyskusyjną. Papież
wyjechał. Cyrk wznawia więc działalność. I jeśli ktoś spodziewał się,
że może być inaczej, to wykazał się rozbrajającą wręcz naiwnością.