Moje serce miasto zdobyło muralami. Są one wszędzie. Małe i duże. W widocznych miejscach i mniej widocznych. Trzeba naprawdę rozglądać się, żeby nic nie przeoczyć.
Nie dało się też nie przywitać z bohaterami bajek z dzieciństwa. Przyznam, że Misia Uszatka omal nie przegapiłam, choć stoi na samej Piotrkowskiej.
Przy Piotrkowskiej jest kilka małych rzeźb dzieci. Cudne!
Miła dziewczyna z mojego hotelu poradziła, żeby patrzyła w górę. No to patrzyłam i wypatrzyłam takiego smoka. Zresztą nie tylko. Na Piotrkowskiej jest mnóstwo magii.
Odwiedziłam też cmentarz żydowski. Jego część zarosła roślinami, co robi niesamowite wrażenie.
A to instalacja na cmentarzu. Żydowskie dzieci. Mocna rzecz.
A to Piotrkowska.
I refleksja kulinarna. Taki deser dostałam w hotelu. Bodaj 19 zł. Deser to to zielone. W środku coś rodzaju kremu-bezy. Smak taki sobie. Przyznam, że wolałabym eklerkę za 4 zł. Szczęśliwie nie ja płaciłam, więc nie mam co wybrzydzać. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że ostatnio w gastronomii jest moda na przerost formy nad treścią.
Byłam tez oczywiście w Manufakturze, Muzeum Sztuki oraz odwiedziłam Księży Młyn. I chyba chciałabym jeszcze wrócić do Łodzi!