niedziela, 8 stycznia 2017

Ciocia Dobra Rada

Strach jest uczuciem, które stale nam towarzyszy. Czego jednak najbardziej się boimy? Nieznanego. (w tym miejscu znajdował się fragment o tym, ze uchodźców boją się gównie ludzie słabiej wykształceni i gorzej sytuowani, którzy tzw. innych znają głównie z przekazów innych. Użyłam tego przykładu niepotrzebnie, gdyż niczemu nie służył, a prowokował do dyskusji na inny temat. Przepraszam za długie wyjaśnienie, ale zostałam posądzona o manipulację, a na pewno niektórych w ten sposób uraziłam. Mam nadzieję, że to załatwia sprawę). Boimy się, że zachorujemy, że stracimy pracę, że umrze ktoś nam bliski, że zginiemy w obcym mieście, że partner zdradzi, że dzieci zejdą na złą drogę... A kiedy przestajemy się bać? Kiedy zachorujemy, stracimy pracę, gdy musimy pochować kogoś bliskiego, kiedy sąd orzeknie rozwód, a dziecko mocno narozrabia... Bo wtedy już nie mamy się, czego bać.
Dziś mamy skomplikowana sytuację w kraju. Wygrała formacja, z którą się wielu z nas nie zgadza. Boimy się o demokracje, o praworządność, jednym słowem o przyszłość. Moim zdaniem powinniśmy przestać się bać. Po pierwsze dlatego, że w tej akurat sprawie nic od nas nie zależy. To znaczy nie zależy od każdego z nas z osobna. Bardzo polecam powieść (nie film!) "Ostatni brzeg" Nevila Shute'a. Była wojna atomowa, ktoś przycisnął guzik i życie na świecie za chwilę przestanie istnieć przez promieniowanie. Australijczycy wiedzą, że za kilka miesięcy dojdzie to do nich. Jak reagują? Ta powieść naprawdę świetnie układa w głowie pewne rzeczy. My jesteśmy w lepszej sytuacji, bo sprawa nie jest przesądzona. A może w gorszej, bo dlatego się miotamy?
Niech każdy z Was wyobrazi sobie, że PiS będzie rządził jeszcze długo. Co to oznacza dla każdego z nas? Że będzie biedniej, głównie dla tych, którym teraz się lepiej powodzi, przy czym mam na myśli nie tylko bogaczy, ale takich ludzi jak ja. Co dla mnie to oznacza? Że pewnie już nie wyjadę na wycieczkę zagraniczną. A chciałam odwiedzić Paryż, iść do katedry w Barcelonie, pojechać na Maltę. A jak Bóg da, to spełnić marzenia malutkiej dziewczynki, która w jakiejś książce przeczytała, że Kostaryka to kraj, gdzie kwiaty wyrastają nawet z kamieni. Dziś mam szansę spełnić te marzenia. Jutro raczej nie. Przeżyję. Mam kupę książek, mnóstwo audiobooków i co najmniej kilkaset płyt DVD z filmami. Przeżyję więc wszystkie klęski. Byle był prąd.
Tym co jest najważniejsze w naszym życiu jesteśmy my sami. Nasze szczęście zależy od wielu rzeczy, niekoniecznie od pieniędzy. Wolność to też nasza osobista sprawa. W latach 80. zdawałam na dziennikarkę. Przeszłam przez pisemny egzamin i na ustnym dostałam pytanie o zapisie w Konstytucji o przewodniej roli PZPR. Podniosłam niewinne oczęta na komisję i zapytałam ze szczerym zdziwieniem: - Serio coś takiego jest w konstytucji? To po co mamy wybory? I mimo to zdałam egzamin. Do dziś podejrzewam, że panowie bardzo w tym momencie zazdrościli mojej niewiedzy. Albo uznali to za wyczerpującą odpowiedź. Chodzi mi w każdym razie o to, ze każdym układzie sami sobie wyznaczamy granice naszej osobistej wolności. 
A na każdy strach jest jedna rada. Spróbujmy sobie wyobrazić najgorsze, co nas może spotkać. Zwykle to jest mniej straszne od naszego strachu.
Poniżej kawałek muzyczny na ocieplenie nastroju. A pod piosenka w ramach lektury nadobowiązkowej piękna baśń Andersena o szukaniu szczęścia.




Hans Christian Andersen
Talizman 
Byli sobie pewnego razu królewicz i królewna, którzy przeżywali jeszcze miodowe miesiące. Czuli się bezgranicznie szczęśliwi, niepokoiła ich tylko jedna myśl; czy zawsze będą tacy szczęśliwi jak obecnie. Dlatego pragnęli mieć talizman, który by potrafił zabezpieczyć ich przed niesnaskami w małżeństwie. Często słyszeli o człowieku, który mieszkał w lesie i był poważany przez wszystkich za swoją mądrość: potrafił dać dobrą radę w każdym nieszczęściu i w każdej biedzie. 
Królewicz i królewna udali się więc do niego i opowiedzieli, co im leżało na sercu. Wysłuchawszy ich, mądry człowiek powiedział:
- Podróżujcie po wszystkich krajach świata i gdy spotkacie zgodne małżeństwo, poproście, aby wam dali mały skrawek bielizny, jaką mają na sobie, i noście go zawsze przy sobie. To jest najlepszy sposób. 
Królewicz z królewną wsiedli na konie i odjechali. Wkrótce posłyszeli o pewnym rycerzu, który podobno miał wieść szczęśliwy żywot ze swą małżonką. Udali się więc na zamek i zapytali ich sami, czy rzeczywiście byli tak radzi ze swego małżeństwa, jak głosiła fama. 
- Tak jest - brzmiała odpowiedź. - Tylko jednego nam brak: nie mamy dzieci. 
Tu więc nie można było znaleźć talizmanu i królewicz z królewną musieli pojechać dalej, aby znaleźć w pełni zadowolone małżeństwo. 
Przybyli do miasta, w którym - jak słyszeli - mieszkał uczony człowiek żyjący ze swą żoną w największej harmonii i zadowoleniu. Poszli do niego i zapytali podobnie jak poprzednio, czy istotnie jest tak szczęśliwy w swym małżeństwie, jak to ludzie opowiadają. 
- Tak, jestem szczęśliwy - odpowiedział mąż - moja żona i ja żyjemy z sobą doskonale, ale mamy za dużo dzieci, sprawiają nam one wiele zmartwień i kłopotów. 
A więc i tu nie można było znaleźć talizmanu i królewicz z królewną pojechali dalej po kraju, wypytując się wszędzie o zadowolone małżeństwa, ale nikt się nie zgłaszał. 
Pewnego dnia, gdy jechali konno przez pola i łąki - zauważyli niedaleko od drogi pastucha, który radośnie przygrywał na fujarce. W tej samej chwili podeszła do niego kobieta z dzieckiem na ręku, prowadząc małego chłopczyka. Gdy pastuch ją zobaczył, wyszedł jej naprzeciw, przywitał się z nią serdecznie i wziął od matki małe dziecko, całował je i pieścił. Pies pastucha podszedł do chłopca, lizał jego małą rączkę, szczekał i skakał z radości. Tymczasem kobieta postawiła garnczek, który przyniosła, i powiedziała: 
- Siadaj, stary, i jedz. 
Mąż usiadł i zabrał się do jedzenia, ale pierwszy kęs dał małemu dziecku, drugi podzielił między chłopca i psa. 
Królewicz i królewna widzieli i słyszeli to wszystko. Podeszli teraz bliżej i przemówili do nich: 
- Wy jesteście chyba szczęśliwym i zadowolonym małżeństwem? - Jesteśmy istotnie szczęśliwym małżeństwem - odpowiedział mąż. 
- Dzięki Bogu! Żaden królewicz i królewna nie mogliby być szczęśliwsi od nas. 
- W takim razie, posłuchajcie - powiedział królewicz - zróbcie nam przysługę, której nie pożałujecie. Dajcie nam mały skrawek koszuli, którą macie na sobie.
Na te słowa pasterz i jego żona spojrzeli dziwnie po sobie; wreszcie mężczyzna powiedział: 
- Bóg świadkiem, że z przyjemnością dalibyśmy wam nie tylko skrawek, ale nawet całą koszulę, gdybyśmy ją mieli, ale nie posiadamy na sobie ani jednej nitki. 
I tak nic nie załatwiwszy królewicz z królewną musieli pojechać dalej. Znudziła im się wreszcie ta długa, bezcelowa włóczęga i wracali do domu. Kiedy przejeżdżali koło chatki mądrego człowieka, czynili mu wymówki, że dał im taką złą radę. Opowiedzieli mu wszystkie swoje przygody w podróży. Wtedy ten mądry człowiek uśmiechnął się i powiedział: 
- Czy rzeczywiście jechaliście na próżno? Czy nie przyjeżdżacie do domu bogatsi w doświadczenie? 
- Owszem - odpowiedział królewicz - przekonałem się, że zadowolenie jest rzadkim dobrem na tej ziemi. 
- A ja się nauczyłam - powiedziała królewna - że po to, by być zadowolonym, nie trzeba nic - tylko właśnie być zadowolonym. 
Wtedy królewicz podał królewnie rękę, spojrzeli na siebie z niewymowną miłością, a mądry człowiek pobłogosławił ich i rzekł: 
- Znaleźliście prawdziwy talizman w waszym sercu. Strzeżcie go wiecznie, a nigdy duch niezadowolenia nie będzie miał nad wami władzy.

sobota, 7 stycznia 2017

Déjà vu

Oglądałam dziś rano w TVP Kultura koncert z Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Aktorzy śpiewali Cohena. Niespecjalnie uważałam, ale zarejestrowałam, że Kinga Preis świetnie śpiewa, ale stylizację ma dziwną. Potem wystąpił Paweł Królikowski, który śpiewał marnie, ale stylizację miał dobrą. No i tak aktorzy śpiewali, a ja zajmowałam się internetem. Patrzyłam jednak kątem oka na ekran. I w pewnej chwili zarejestrowałam, że Kinga Preis świetnie śpiewa, ale stylizację ma dziwną. Potem wystąpił Paweł Królikowski, który śpiewał marnie, ale stylizację miał dobrą. 
Moja pierwsza myśl - czemu ona tak ciągle bawi się tym perłami? Druga myśl - ale to już było!
Pewne fragmenty koncerty zdublowano. Ani chybi chodziło o to, żeby jakoś wypełnić czas antenowy. Prawo zuchy z TVP!
Ten koncert przypomniał mi moje czasy szkolne. Polonistka w kółko nam coś zadawała do domu, ale nie sprawdzała tego na bieżąco. Gdy przychodził czas klasówki (zawsze mieliśmy na to dwie godziny lekcyjne), my pisaliśmy, a ona chodziła po klasie i sprawdzała zeszyty. Generalnie chodziło o to, żeby objętość się zgadzała. Pewnie byli tacy w naszej klasie, którzy prowadzili zeszyty na bieżąco, ja uzupełniałam zwykle w dniu klasówki na innych lekcjach. Kiedyś musiałam szybko stworzyć wypracowanie o twórczości Kazimierza Przerwy-Tetmajera. "Szukam cię - a gdy cię widzę, udaję, że cię nie widzę. Kocham cię - a gdy cię spotkam, udaję, że cię nie kocham. Zginę przez ciebie - nim zginę, krzyknę, że ginę przypadkiem..." Wiersz w sam raz dla egzaltowanej nastolatki. Ten i parę innych. Jednak fakt, że znałam parę kawałków Przerwy-Tetmajera, nie znaczył, że chcę o tym pisać. A poza tym nie przerabialiśmy erotyków. No i nie miałam czasu, żeby coś wymyślać. Przepisałam więc z podręcznika rozdział o poecie. Nie był długi. Przepisałam więc ten rozdział jeszcze raz. I jeszcze pół raza. I wtedy było OK. Akurat tyle, żeby moja polonistka wypracowaniem się nie zainteresowała. Udało się, ale zwykle mi się udawało, więc to żadna  sensacja.
Mamy weekend, należy nam się odrobina luzu od rzeczywistości. Powspominajmy może szkolne wybryki?

Ilustracja muzyczna oczywiście z tamtych czasów. Tego pewnie słuchałam zamiast pisać wypracowanie. W każdym razie to śpiewaliśmy chórem na przerwach:


piątek, 6 stycznia 2017

KOD - Konieczna Odrobina Dojrzałości

Szósty dzień roku i przez wrodzoną przyzwoitość nie napiszę, co się stało z moim postanowieniem trzymania się z dala od polityki. Muszę jednak podjąć temat tego, co się dzieje ostatnio wokół KOD. Z kilku względów. Istotnym na pewno jest to, że jestem członkiem stowarzyszenia KOD, i że w swoim czasie robiłam pod swoim nazwiskiem parę rzeczy pod szyldem KOD i dlatego, że nie bez powodu w którymś momencie postanowiłam się lekko zdystansować. Ale do rzeczy!

Pomijam faktyczne powody powstania KOD-u. Wszyscy jednak chyba zgodzą się ze mną, że te tysiące ludzi, którzy biorą udział w manifestacjach, robią to dlatego, że:

- chcą żyć w kraju, w którym wszystkich ludzi dotyczą takie same normy prawne i etyczne. Dziś tak nie jest. PiS sprawiedliwością zastępuje prawo, a sprawiedliwość pojmuje tak: "skoro my wygraliśmy, to sprawiedliwe jest, że bierzemy wszystkie frukty". 

- nie zgadzają się na świat, w którym oni (opozycja) to źli, my (PiS i PiSopodobni) to ci dobrzy. 

- są przeciwni temu, żeby wytykać im (opozycji) najmniejsze potknięcia, a swoim wybaczać grube przekręty i kłamstwa.

To tak ogólnie, bo parę innych powodów też by się znalazło.

Od wczoraj tematem numer jeden są faktury wystawione przez ruch społeczny KOD na prywatną firmę Mateusza Kijowskiego.

Fakt: Faktury są prawdziwe.

Fakt: Mateusz Kijowski publicznie twierdził, że nie bierze od KOD żadnych pieniędzy.

Fakt: Mateusz Kijowski powiedział, że ujawnienie tych faktur to element walki wyborczej w stowarzyszeniu KOD (wybory są za dwa miesiące)

Od wczoraj jesteśmy bombardowani różnymi informacjami. Podam w punktach te z mojego puntu widzenia najistotniejsze.

- Przeczytałam na temat faktur kilka opinii informatyków. Wszystkie były druzgoczące dla firmy Kijowskiego.

- Zarząd KOD poinformował, że nie wiedział o tych fakturach i zarządził audyt.

- Współzałożyciel KOD wystosował oświadczenie w tej sprawie*. Mało fajne.

- Mateusz Kijowski tak naprawdę niczego nie wyjaśnił, ale powiedział, że wszystko jest w porządku.

Moja opinia:

- Jeżeli KOD walczy o przestrzeganie prawa w Polsce, to musi tak działać, żeby nikt nie miał się do czego przyczepić. Mogą nas obrażać, wyzywać, mogą na nas pluć, ale nikt nie może nam zarzucić kantów. Nikt. Pieniądze z puszek muszą być rozliczane co do złotówki, a rozliczenia te muszą być jawne i dostępne dla wszystkich. I kropka. 

- W każdej sytuacji, gdy pojawiały się skandale dotyczące polityków (różnych opcji), żądało się, żeby bohater skandalu ustąpił ze stanowiska bądź zawiesił swoją działalność do czasu rozstrzygnięcia sprawy. Mateusz Kijowski uśmiecha się i mówi, że wybory w KOD rozstrzygną.

- O co nam chodzi? Jesteśmy kolegami Mateusza Kijowskiego czy chcemy zmian w Polsce? Wyszło na jaw, że nie płaci alimentów. Przepraszam za słowo, które napiszę zaraz, ale jestem kobietę i dobrze znam kwestię niepłacenia alimentów. Tylko skurwysyn nie płaci na dziecko. Wiele nas tak uważa, ale postanowiliśmy przymknąć oko, bo to jego prywatne sprawy, bo jakoś to tłumaczył... Co druga jego publiczna wypowiedź to wtopa, która wywołuje burzę na Facebooku. Ale wybaczamy, bo to Mateusz Kijowski. On topi KOD od dawna i nie wygląda na to, żeby widział w tym coś złego. Gdyby ktoś nie pamiętał, to przypominam sąd Salomona.

- Mamy zadymę w Sejmie, bo PiS postanowił odciąć Sejm od dziennikarzy. Padają hasła, że wolność słowa, że dziennikarze mają prawo wiedzieć... No to może ktoś mnie w takim razie oświeci, co było złego w fakcie dania mediom - i to wcale nie mediom bardzo wrogo nastawionym do KOD - faktur, które nie powinny być tajemnicą?

- Nie uważam, że lider takiego ruchu jak KOD nie powinien dostawać pieniędzy. Uważam jednak, że powinien dostawać, a nie sam sobie brać. Uważam też, że powinien dostawać legalnie, a nie pod stołem.

 - (ten punkt dodaję z opóźnieniem) W Polsce jest ogromna nieufność do polityków i tzw. ludzi na świeczniku. KOD jest pierwszym od dawna ruchem, który zjednoczył tysiące i te tysiące wyprowadził na ulice. Co się okazało w ostatnich dniach? Że lider w najlepszym wypadku jest słabym człowiekiem, który potrzebuje pieniędzy, przez działalność nie może zarabiać pieniędzy, ale wstydzi się poprosić o pensję. I że tak naprawdę w KOD jest jakiś żłób, o który warto walczyć - zwracam uwagę, że o tej walce powiedział sam Mateusz Kijowski. Obserwuję nastroje wśród ludzi, i bynajmniej nie na blogach, a na FB, i widzę, że jest spora część, którzy są w stanie pobić za jedno słowo przeciw liderowi. Padają oświadczenia: Ja będę do końca za nim. A co z tymi, którzy tracą zaufania? Co z tymi, którzy w ogóle odwrócą się od polityki i zamkną we własnych światach? Przypominam tez, że walka jest o dusze nieprzekonanych, a nie o tych, którzy w mrozie i upale maszerowali z KOD. Co z nieprzekonanymi? Naprawdę warto trwać przy aż tak niejasnej sprawie?

I tyle. Proponuję nieco ostudzić emocje, poczekać, co wyniknie z audytu, a przede wszystkim radzę zacząć patrzeć na sprawę jako na coś bardzo pozytywnego. Niestety, nie jestem doradcą tych pajaców na Wiejskiej, ale to co dzieje się w KOD i to co dzieje się teraz w PO, to świetna okazja do wykorzystania. KOD się rozpadnie, nie ma siły, żeby tak się nie stało (jeśli pogrzebiecie w moim blogu na Bloxie, to albo w jakimś wpisie, albo w komentarzach napisałam rok temu, że tak musi się stać, bo wskazuje na to logika dziejowa). Może i w PO będzie rozłam. Jest szansa, że to zaczyn pod przyszłą partię. Przypominam, że tak powstała PO. Nie tragizujmy, nie stawajmy się lustrzanym odbiciem PiS, tylko chwilę w spokoju poczekajmy. Wbrew pozorom nie jest źle.

Na wyciszenie Maciej Maleńczuk w urokliwej piosence i nostalgicznym klipie. Przypominam, że pod klipem są teksty Jacka Parola:



Jacek Parol: Oświadczenie. Jako członek założyciel i członek zarządu KOD podjąłem sie koordynacji powstania strony KOD. Oświadczam ze stronę przygotował a potem opiekował sie nią CAŁKOWICIE ZA DARMO mój przyjaciel Jerzy Pogorzelski.Mam nadzieje ze znajda sie prawnicy, którzy pomogą Jurkowi wyegzekwować nalezne mu wynagrodzenie od firmy która wystawiła Faktury za jego prace dla KOD
edytowane. Zespół adminów i ochronę głównej grupy KOD też organizowałem ja. Też za darmo, dla idei.

Jacek Parol (wpis z FB): Odchodząc z Zarządu KOD w lutym 2016, na ostatnim zarządzie powiedziałem obecnym wtedy członkom,że człowiek, który za pierwsze uzbierane do puszek KOD pieniądze kupił sobie najnowszego iPhone za 4500 zł i laptopa za drugie tyle nigdy nie będzie myślał inaczej niż w kategoriach małego geszefciarza. 
Pomyliłem się. Żaden mały.


środa, 4 stycznia 2017

Erzac cholera, nie życie

Miały dziś być śnieżyce, miało nawiać 10 cm śniegu i miało nas zasypać. Trochę zaspałam, więc zapomniałam o tych prognozach, gdy wychodziłam z domu. Dojechałam do pracy i dopiero wtedy zauważyłam, że śniegu jak na lekarstwo. Ale też zobaczyłam JEGO. Wypasionego bałwana. Pomyślałam nawet, że to na niego poszedł cały urobek ze śnieżycy. Po bliższym przyjrzeniu się, okazało się, że to bałwan dmuchany.


Oto on. Tyle że sfotografowany, gdy wyszłam z pracy.


Przyznam, że to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam. Choć oczywiście doceniam walor praktyczny. Jak Bóg da, to i do lipca bałwan postoi.
W pewnym sensie ten bałwan to symbol naszych czasów, w których erzace mają się świetnie. Bezalkoholowe piwo, cukier bez cukru, wieczór na Facebooku ze znajomymi, których nigdy w życiu na oczy nie widzieliśmy, zamiast rozmowy z prawdziwymi ludźmi...
A teraz z innej beczki. Mamy początek roku. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zdecydowana większość czytelników mojego bloga podjęła noworoczne postanowienie, że nie będzie odwiedzać durnych blogów. No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wytrwałości.





wtorek, 3 stycznia 2017

Byle do wiosny

Podobno idzie zima. Bardzo chciałabym nie wierzyć, ale ten śnieg padający dziś nie wróżył niczego dobrego. A co z globalnym ociepleniem? Obiecanki-cacanki? Ja od dawna szykuję na palmy przed blokiem i klimat śródziemnomorski przez cały rok. Tymczasem w telewizji ostrzegają, że będzie śnieg, dużo śniegu. A może by tak dla odmiany zima bez śniegu i niskich temperatur?
Nic na to nie poradzę, ale nie przyjmuję do wiadomości tej pory roku. Uważam, że prawa człowieka powinny obejmować również prawo do życia w cieple i zieleni. Ale czy ktoś słucha głosu rozsądku?
Czy tak naprawdę jest jakieś uzasadnienie dla zimy? Jedno! I bynajmniej nie chodzi mi o to, dlaczego zimy są na naszej szerokości. To akurat wiem, bo parę egzaminów dotyczących tej kwestii zdałam. Mnie interesuje po co jest zima? Żeby przybyło bałwanów? Bez przesady, i tak za dużo ich chodzi po świecie i to takich nieroztopialnych. Żeby móc jeździć na nartach? No nie wiem. Póki co jest tak, że ludzie jeżdżą na nartach najczęściej wtedy, gdy nie ma śniegu i trzeba go robić, a robiąc go rujnuje się warstwy wodne i już jest dramat z wodą w górach. A śnieg pada, gdy ludzie jadą w góry bez nart - dwa razy ugrzęzłam w zaspach, gdy byłam w październiku w Krynicy. 
Chyba najwyższy czas, by zacząć liczyć dni do wiosny!
Szukałam inspiracji muzycznej i dotarłam do Wojciecha Młynarskiego i jego "Jeszcze zielone gramy". Nieźle to oddaje to mój aktualny stan ducha. Mogę więc zagrać w zielone. Tylko nie wiem czym. Zdaje się, że mam alergię na nikiel, co oznacza, że nie tylko nie mogę lizać klamek, ale też jeść większości zielonych rzeczy, np. jarmużu, groszku zielonego. Tak więc muszę ograniczyć się do tego, żeby mieć zielono w głowie.




poniedziałek, 2 stycznia 2017

Perły przed wieprze

Jednym z moich ulubionych poetów jest Andrzej Trzebiński.  Parę jego wierszy ma w zeszycie z wierszami, który założyłam w ogólniaku. To bodaj jedyna rzecz z tamtych czasów, którą całkiem świadomie mam do dziś i której pilnuję jak oka w głowie. Jednym z ulubionych wierszy Trzebińskiego są "oczy czornyje". Mam go w notesie, znam na pamięć, ale traf chciał, że któregoś dnia szukałam go w sieci. Bo chciałam przekopiować, a nie chciało m się pisać. Tak trafiłam na stronę szkolnictwo.pl, a na tej stronie na tekst autorstwa mgr. Romana Łąckiego zatytułowany "Kobieta w poezji dwudziestoletnich poetów Warszawy". Magister Andrzejowi Trzebińskiemu poświecił kilka słów: "spod pióra Trzebińskiego wychodziły wiersze, które nie wnosiły nic nowego, powielały stare schematy. Opis kobiecego ciała jest dosłowny, brak jakichkolwiek przenośni, które uczyniłyby obraz bardziej wyrafinowanym:
„Miej już oczy zielone- mówię- to nic- 
Zielone- pytasz- to znaczy: jak- ? (...)
Miej już lekki, dziewczęcy krok” 
W innym wierszu czytamy:
tylko twoje, te jedyne, kocham oczy (...)
że smoliste ... że promienne ... urocze” .
W tym momencie walczyło we mnie parę uczuć. Na pewno zdziwienie, trochę złości, trochę rozbawienia. Oto bowiem cały wiersz, z którego pochodzą te dwie zaznaczone przeze mnie linijki. Mam wrażenie, że magister go nie zrozumiał.

oczy czornyje

tylko twoje, te jedyne kocham oczy,
tylko twoje to spojrzenie szczere - luf...
nie czekasz, jak inne komplementów:
że smoliste... że promienne... że urocze...
ty jedna wiesz bez słów:
tak smoliste, że oderwać trudno oczu...

patrzę w ciebie, ciągle patrzę i wciąż nie wiem
czy przyłożyć cię do piersi, czy do ust...
pocałunek gorejący będzie
i czerwony...
nieomylny - w pierś lub w mózg

od tej czerni pociemnieje mi w oczach
"oczy czornyje, oczy czornyje"

tak śpiewała kiedyś matka moja-
Boże daj
piosenkę proroczą.

Wiersz napisany został lipcu 1941 r. Jego autorem był 19-latek. Magister Łącki był z pewnością sporo starszy, gdy pisał tekst, którym postanowił pochwalić się przed światem. Nie wiem kim ów magister jest, ale zdaje się, że gdzieś w Polsce uczy polskiego. Być może to on był nauczycielem osoby, która postanowiła na Filmwebie podzielić się swoją refleksją na temat filmu "Godzina W". -  Zanim ich poznamy (chodzi o bohaterów), zorientujemy się kto jest kto tak naprawdę wszystko już się kończy. Nie wiemy kto z nich przeżył, nie wiem jak potoczył się ich atak. I może uczył drugą osobę, która tej pierwszej odpowiedziała potakująco: - Zgadzam się z Tobą, film średni, a co najważniejsze człowiek czeka na akcję filmu (Powstanie) a tu następuje koniec filmu...

Nie chcę bronić ani poezji Trzebińskiego, ani filmu "Godzina W", bo z pewnością nie są to dzieła wybitne, a poza tym wszystko jest kwestią gustu. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że ktoś nie uważał na filmie, ktoś nie doczytał wiersza, ktoś nie rozumie, ale musi się wypowiedzieć.

W kąciku muzycznym oczywiście Andrzej Trzebiński:




niedziela, 1 stycznia 2017

Zmartwychwstanie inaczej

Zmiany są konieczne. Stąd nowy tytuł bloga. "Tentego" nie znaczy nic i znaczy bardzo wiele. Zmiany są konieczne, więc mam nadzieję, że i treść choć nieco się zmieni. Nie mam pojęcia jak, zdaję się w tej sprawie na chwilę.
Oglądałam dziś w telewizji serial kryminalny i w nim usłyszałam ciekawy dialog:
- Voodoo? Co to za religia?
- A w co ty wierzysz?
- Jestem katolikiem.
- Jezus zmartwychwstał po trzech dniach...

Bluźnierstwo? Nie, tylko chłodne podejście osoby, która kieruje się rozumem, a nie sercem.
Na naszej (obawiam się, ze nie tylko) szerokości geograficznej rozum jednak nie jest priorytetem. O wiele wyżej ceni uczucia. Jak jednak może być inaczej, skoro przez ćwierć wieku nikomu nie przyszło do głowy, żeby głośno protestować przeciwko nieobecności matematyki na maturze? Ćwierć wieku! Szmat czasu. Nieważne, zdaje się, ze matematyka na maturę wróciła.
Wyznawcy voodoo bardzo często są katolikami. Zdaje się, że jednak Wielkanoc nie jest dla nich okazją, by odprawić kolejny rytuał voodoo. Choć kto wie...
Serial średnio mądry. Ten dialog był jednak na najwyższym poziomie. To przypomniało mi moją rozmowę sprzed kilkudziesięciu lat z moim byłym mężem. Rozmawiając z nim użyłam cytatu z czytanej niedawno powieści. Zdziwił się, że w tej akurat książce było coś mądrego. - Tak naprawdę każda powieść ma przynajmniej jedno zdanie, dla którego warto ją przeczytać - powiedziałam. Na marginesie - był to czas, gdy pochłaniałam książki, musiałam czytać każdy zadrukowany kawałek. Minęło trochę czasu i odkryłam, że jednak nie każdą książkę warto przeczytać. Odkrycia tego dokonałam dzięki "Samotności w sieci" Wiśniewskiego. To znaczy warto tę powieść znać. Dla tytułu, który świetnie oddaje nasze funkcjonowanie w internecie. Tytuł jednak jest na okładce...

Ciekawa jestem, jakie książki Wam uświadomiły, że czasem od lektury lepszy jest spacer.

Z ilustracji muzycznych nie rezygnuję. Dziś lecę klasyką.